Bo chęci to za mało

Bo chęci to za mało

„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej” w zupełności zgadzam się ze słowami Alberta Einsteina. Mówi się, że ludzie – inaczej homo sapiens, są jedynymi myślącymi istotami, rozumnymi i posiadającymi własną wolę. Czasem, niestety wydaje mi się, że zwierzęta mają od nas o wiele więcej uczuć i miłości w sobie. Morderstwa, porwania, pobicia, głodzenie, porzucenie to tylko nieliczne rzeczy, które ludzie są w stanie zrobić drugiej osobie. Jak to jest możliwe? Dlaczego tak się dzieje?

Tym razem chciałabym zająć się kwestią traktowania zwierząt, a w szczególności psów. Na inne rzeczy po prostu nie starczy mi siły, chęci i zapału. To wszystko czasem jest zbyt okrutne, aby o tym myśleć. Jednak wracając do sedna sprawy, zacznę od początku. Historia bowiem zaczyna się trzy lata temu w Bristolu, deszczowym mieście w południowo- zachodniej Anglii. Od dziecka fascynował mnie świat psów, wiecznie się za nimi uganiałam, wszystkie chciałam głaskać i przygarnąć. Od wielu lat zajmuje się zawodowo zwierzętami i z ciekawością oglądam nowe programy poświęcone szkoleniu psów, czytam książki o ich wychowaniu, ale staram się unikać informacji o okrucieństwie i podłości ludzi wobec tych bezbronnych istot. Kiedy przyjechałam do Anglii starałam się znaleźć tam pracę związaną ze swoją pasją, niestety będąc Polakiem nie jest to takie proste. Na szczęście dosłownie parę kroków od mojej pracy mieściło się schronisko. Zaciekawiona już pierwszego dnia, po dokonaniu tego odkrycia, weszłam do środka, aby wypytać się o prace lub inną formę pomocy. Tam przemiła Pani w recepcji opowiedziała mi o możliwości pracy jako wolontariusz. Umówiłam się więc na pierwsze spotkanie organizacyjne. Wraz ze mną przyszło nie więcej niż dziesięć osób w różnym przedziale wiekowym. Pracownik schroniska pokrótce opowiedział nam o zadaniach wolontariusza, oprowadził po całym budynku, po czym zaprosił chętnych na inny dzień, w którym odbędzie się szkolenie. Oczywiście przyszłam tego dnia, dostałam swój własny identyfikator (który mam do dzisiaj) i otrzymałam swojego pierwszego psiaka. Szczerze powiem, że nie pamiętam jaki był, ale jeden szczegół utkwił mi w pamięci. Merdający w szaleńczym tempie ogon i mokre oczy pełne nadziei, bólu i smutku, ale jednocześnie wypełnione radością. Wydawało mi się, że ten futrzak doskonale rozumie, że teraz jest w dobrym miejscu, gdzie ktoś o niego dba, a możliwość wyjścia na spacer to wielka przygoda i wyprawa zarazem. Za schroniskiem była rzeka i długa ścieżka, po której ‚snuło się’ kilka żółtych, odblaskowych kamizelek. Każdy wolontariusz musiał ją nosić, aby inni właściciele ze swoimi psami, zachowali ostrożność przechodząc w pobliżu.

1003610_837737689574682_1567346657_nOwszem zdarzały się agresywne psy, ale obwiniałam za to ich poprzednich właścicieli. Źle wychowali, zabawili się, a potem porzucili swoje zwierzaki jak zepsutą zabawkę. Starałam się przychodzić codziennie, po lub przed pracą, chociaż po jednego pieska. Były tam przeróżne futrzaki, stare, młode, duże, małe, ślepe, bez nogi, głuche, ale łączyła je jedna rzecz: miłość i oddanie swojemu opiekunowi. Czasami niektóre psiaki nie chciały wychodzić na spacer, albo mocno ciągnęły jak w amoku, byle rozładować złą energię i napięcie, ale zawsze chciały wracać do swojego tymczasowego domu, z naciskiem na tymczasowy. Przez trzy lata, całe trzy, które mieszkałam w Bristolu nie przestałam być aktywną wolontariuszką. Jedyne co mnie zadziwiało, to fakt, że ani razu nie spotkałam tam swojego rodaka. Zaprzyjaźnieni Anglicy, którzy mnie już kojarzyli zawsze mnie zaczepiali, zagadywali, chcieli się uczyć nowych polskich słówek i pytali zdziwieni czemu nie ma więcej chętnych Polaków do pomocy. Nie tylko oni byli zdziwieni. Ja również zadawałam sobie to pytanie w szczególności, że pracowałam w większości z rodakami. Moje koleżanki, które  dowiedziały się o moim wolontariacie były zachwycone i chętne, aby do mnie dołączyć. Wypytywały o szczegóły i godzinami opowiadały o swojej miłości i oddaniu zwierzakom.

Niestety właśnie na tym się kończyło. CHCIEĆ to za mało, bo na „chceniu” jeszcze nikt świata nie zbudował. Liczą się czyny, a nie słowa. Słowami nikomu nie pomożesz, nie nakarmisz psów, nie dasz im miłości i radości. Starałam się zachęcać wszystkie wygadane dziewczyny do wolontariatu, schronisko było tak blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło poświęcić 10-15 minut po pracy, ale i to było za trudne. Nie dawało przecież nic poza satysfakcją, żadnych pieniędzy i było tak wymagające… Poprzestały na gadaniu. Nie rozumiem po co strzępić język na darmo? O pomyśle adopcji, zamiast kupna nowego zwierzaka, też nie było mowy. Tylko w kółko powtarzane opinie o zazdrości i chęci niesienia pomocy. Chęci, chęci, chęci….

Ale nie tylko to mnie wprawia w złość. Zastanawiam się jak można bezbronnemu zwierzęciu wyrządzać krzywdę, jak zakopanie żywcem, skatowanie na śmierć, pozostawienie samego w środku lasu, wyrzucenie z auta i wiele innych okropieństw, których nawet nie mogę powtórzyć. Czy naprawdę ludzie potrzebują takich rozrywek? Czy to wszystko ma jakieś podłoże psychiczne? Nie mogę uwierzyć, że ktoś zdrowych na umyśle jest w stanie uczynić takie złe rzeczy drugiej istocie. Uważam, że wszystkim, którzy się czegoś złego dopuścili drugiej żywej osobie, powinno ‚zapłacić się’ dokładnie tym samym. Jeżeli pies jest agresywny, nieswój, nie słucha to w większości przypadków jest to wina ludzi, którzy nie potrafili, bądź nie chcieli być dobrymi przywódcami dla swoich pupili.

DSC00468

Jeżeli chcecie pokazać psom, że nie wszyscy przedstawiciele naszego gatunku są źli, przyłączcie się śmiało to organizacji pomagającej porzuconym futrzakom. Odwiedźcie czasem jakieś schronisko.  Zawieźcie tam niepotrzebne koce, weźcie na spacer porzuconego psiaka… Otwórzmy swoje serca, otwórzmy się na czyny, a nie słowa.

Pracowałam jako wolontariusz w RSPCA Bristol Dogs and Cats home, ale myślę, że każda inna placówka w UK chętnie przyjmie wolontariuszy :)

Kategorie: Felietony

About Author