C-pop, czyli pop po chińsku

C-pop, czyli pop po chińsku

C-pop wyparł komunistyczne hymny. Stworzył nową generację osób hołubiących przyjemne dla ucha rytmy karaoke. Nie ma jednak w nim nic z aktu młodzieńczego buntu. Usłyszysz tu tysiące piosenek, ale w gruncie rzeczy to jedna piosenka brzmiąca „baw się dobrze”. Dominuje bowiem napędzanie przyjemności i kreowanie życia, w którym nic nie trzeba zmieniać. Rząd lubi, kiedy pop promuje partyjne wartości i łagodzi masy. Tak oto chińska muzyka popularna wykreowała celebrycką, schludną i docierająca pod strzechy milionów osób muzykę.

Mało kto wie, że jeszcze za czasów dynastii Xia, Shang i Zhou tylko rodziny królewskie i wysoko postawieni urzędnicy mogli cieszyć słuch muzyką. Dopiero za sławnej dynastii Tang śpiew i taniec weszły do mainstreamu. I oto z dnia na dzień muzyka wyszła z dworu królewskiego i wchodziła pod strzechy domów zwykłych ludzi.

Muzyka na czasie

Dzisiejszy chiński pop ma swoje korzenie w piosenkach o nazwie shidaigu, czyli w tzw. „muzyce na czasie”, która narodziła się w Państwie Środka około 1920 roku. Z biegiem lat chiński pop podzielił się na mandopop (od mandaryńskiej odmiany języka chińskiego) i kantopop (od kantońskiej odmiany języka chińskiego) oraz na tajwański pop. Te trzy podgatunki różniły się między sobą melodią, tekstem i przesłaniem. Wielka azjatycka diva Teresa Teng (cesarzowa tajwańskich ballad miłosnych) wprowadziła novum. Zaczęła łączyć manopop z kantopopem.

Centrum muzycznego show-biznesu

Główne ośrodki współczesnego chińskiego popu to Hong Kong i Tajwan. Wiele dzieje się też w Malezji i Singapurze. Popularny jest także w kontynentalnej części Chin, na Tajwanie, w Singapurze, Azji Południowo-Wschodniej, wśród chińskiej społeczności w USA, w Kanadzie, Malezji oraz w Australii.

Jeszcze niecałe dziesięć lat temu dziewięć z dziesięciu najlepszych piosenkarzy śpiewało w kantońskim dialekcie. Dziś uległo to zmianie. Madopop zyskuje na sile. Przyglądając się współczesnemu rynkowi więcej niż połowa artystów śpiewa po mandaryńsku. Jednak nie przeszkadza to w tym, że największe hity śpiewane są przez osoby z Hong Kongu. Co więcej, piosenkarki i piosenkarzy tworzą dwie wersje swoich utworów – kantońską i mandaryńską. Bardzo ciekawą sprawą jest również fakt, że dziewięć z dziesięciu piosenek będących na szczycie radiowych list przebojów w Pekinie nie pochodzi z kontynentalnej części Chin.

Kapitalistyczna trucizna

Pop był tutaj zakazany w czasie Rewolucji Kulturalnej (1966-1968, faktycznie zakończona jednak dopiero w 1976 roku) jako tzw. „kapitalistyczna trucizna”.

Pod koniec 1970 roku muzyka popularna zaczęła być tak różnorodna, jak mieszkańcy tego kraju. W końcu żyje tutaj ponad miliard Chińczyków. Monotonia hymnów komunistycznych i tradycyjnych oper została wręcz rozszarpana przez mnogość utworów. I oto na głównej scenie muzycznej Chin wymuskane divy pop i błyszczący królowie popu zaczęli rozpychać się i wojować o swoje miejsce z pianistami, hip-hopowcami czy podziemiem rockowym.

Końcówka lat 90. był to prawdziwy wysyp różnych zespołów. Oczywiście ludzi z „epoki Mao” wciąż słuchali i słuchają starych piosenek, opery, muzyki instrumentalnej, fortepianowej, klasycznej czy rocka, ale c-pop zyskiwał na sile.

Pop po chińsku

Pop to globalny trend, który nie ominął i Państwa Środka. Główne cechy jego chińskiej odmiany to po pierwsze łatwa do zapamiętania melodia, a po drugie prosty rytm (jak w disco). Utwory są więc lekkie i proste, wpadają do ucha i bez problemu zanuci je każdy. Zapewne to wyjaśnia chińską preferencję do tego rodzaju muzyki lekkiej z Zachodu, w tym do polskiego disco polo.

C-pop czerpie całymi garściami ze wszystkiego, co może. Jest wszechobecny. Piosenki są ckliwe, a prawa komercji sprawiają, że wiele z nich trąci kiczem.

Muzyka dziś produkowana, szczególnie w Hong Kongu i na Tajwanie, zdominowana jest przez chorobliwie słodkie i sentymentalne ballady. A trzeba powiedzieć to głośno: wszyscy tutaj kochają się w balladach, w których można usłyszeć poezję, romantyczne słowa i przede wszystkim dających zapomnieć o rzeczywistości. Śpiewają wiele piosnek, ale w istocie jest to jedna piosenka brzmiąca „baw się dobrze”. Kultura muzyczna stała się pusta. Piosenki podkreślają stabilność i harmonię, a jest to przydatne dla partii i nie jest niebezpieczne dla systemu.

Co ciekawe teksty piosenek wciąż są cenzurowane przez Ministerstwo Kultury. Chiński rząd zresztą utrzymuje ścisłą kontrolę przemysłu muzycznego poprzez posiadanie w swoich rękach mediów. Scena muzyczna jest tu zatwierdzana przez partię.

Popowy establishment czasami dopuszcza do siebie prawdziwych artystów, którzy niewątpliwie uszlachetniają ten gatunek. Podziemie jest niestety praktycznie niewidoczne. Młodzi ludzie lubią pop, clubbing czy gry, ale idea pop i rocka jako aktu młodzieńczego buntu nie znalazła tutaj uznania. Wręcz jest postrzegana jako objaw czegoś złego.

Pop zdominowany jest tu coraz bardziej przez boysbandy. Co wiąże się ze zjawiskiem, które możemy określić jako próbą imitacji k-popu. Wszyscy kopiują siebie nawzajem. Muzyka idzie za ciosem. To moda, która przywędrowała do Państwa Środka z Korei Południowej (mekki zespołów) i z Japonii. Pionierami tej odsłony c-popu były na tutejszym rynku dwa zespoły: męski Fahrenheit i żeński S.H.E.

Chińskie fanki mogą śmiało porównywać się z tymi koreańskimi, czy też fankami sławnych Beatlesów. Krzyczą, płaczą podczas koncertów, mają niekontrolowane ruchy, zagłuszają piosenki czy dotykają dłonie swoich idoli.

Królowe i królowie c-pop’u

Kiedy Ameryka, Europa i cała reszta świata bawiła się przy piosenkach Madonny, Whitney Houston czy Michaela Jacksona w Azji królowały trzy kobiety. Były to: wspomniana Teresa Teng (pionierka łączenia mandopopu z kantopopem), Anita Mui (nazywana Madonną Azji ze względu na skandaliczne kostiumy, w jakich pokazywała się na scenie) i Faye Wong (pierwsza prawdziwa azjatycka diva, najlepiej sprzedająca się w historii artystka kantopopowa, wielokrotnie goszcząca na liście „Forbes China Celebrity”).

Wśród tych największych, o których nie można nie wspomnieć są Jay Chou (ikona współczesnego c-popu, pionier łączenia popu z r&b i rapem, aż cztery razy wygrał World Music Award, każdego roku zdobywał też około dwudziestu nagród), JJ Lin i Leehom Wang. Każdy z tych muzyków w swojej twórczości łączył tradycyjne brzmienia z nowoczesnością.

Status wielkiej panaazjatyckiej gwiazdy pomaga tu uzyskać pojawienie się piosenkarzy popowych w popularnych filmach produkowanych przez Hong Kong.

W oparach partii i piractwa

Chiński przemysł muzyczny dopiero raczkuje. Jego rozwój hamuje nie tylko ręka partii czuwająca nad „poprawnością polityczną”, ale i piractwo. The International Federation of the Photographic Industry mówi, że współczynnik piractwa płyt wynosi tu prawie 100%. Analitycy twierdzą, że problemy przemysłu muzycznego Chin to głównie problemy ekonomiczne. A piracki handel muzyką jest doskonale zorganizowany. Co więcej powiązany jest z przestępczością zorganizowaną. Niektórzy podają nawet straty dla rynku muzycznego wynoszące 2 miliardów $ rocznie. Muzycy zarabiają przede wszystkim z występów, koncertów i kontraktów reklamowych. Każdego roku profesjonalnie produkuje się zaledwie ok. dwudziestu albumów.

 Foto: Wikipedia

Kategorie: Rozrywka

About Author

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*