DarkLeaks: sekrety wychodzą z ciemności

DarkLeaks: sekrety wychodzą z ciemności

Rewolucję w ujawnianiu światu najciemniejszych sekretów zapoczątkowało legendarne WikiLeaks. Już wtedy przekonaliśmy się, jak ogromny wpływ na nasze losy mają skrywane przez rządy i korporacje tajemnice. Potem był Edward Snowden, który sprawił, że zaczęliśmy zaklejać kamery w laptopach, wyłączać telefony i szyfrować zawartość dysków twardych. Teraz rozpoczyna się era DarkLeaks.

Portal WikiLeaks odegrał olbrzymią rolę w ujawnianiu najtajniejszych rządowych tajemnic i na zawsze zmienił nasz sposób pojmowania świata. Jego twórca, Julian Assagne, stał się obiektem poważnych oskarżeń i był ścigany międzynarodowym listem gończym. Ostatecznie schronił się w Ekwadorze, gdzie – w 2012 roku – uzyskał azyl na tle politycznym. Ogłoszenie śmierci serwisu WikiLeaks byłoby z pewnością przedwczesne, ale możemy śmiało uznać, że portal popadł w długotrwałą i niezbyt dobrze rokującą na przyszłość śpiączkę.

 3

WikiLeaks miało swoje wzloty i upadki, ale ujawnione przezeń sekrety są niczym przy zeznaniach Edwarda Snowdena. Przekazane przez byłego pracownika amerykańskiego wywiadu informacje wstrząsnęły globem w posadach – wcześniej nawet wyznawcy najbardziej szalonych teorii spiskowych nie przypuszczali, że ogólnoświatowa inwigilacja może funkcjonować na taką skalę. Snowden pokazał nam, że żyjemy w rzeczywistości rodem z orwellowskiego „Roku 1984”.

Problem w tym, że za ujawnianie tajemnic w serwisie WikiLeaks wielką cenę zapłacił niejeden informator oraz sam twórca portalu. Snowden natomiast prawdopodobnie nigdy już nie będzie mógł powrócić do rodzinnych Stanów Zjednoczonych i – pomimo chwilowego (bo gdy stanie się niepotrzebny, ono najprawdopodobniej także się skończy) wsparcia ze strony Putina – do końca swoich dni będzie żył w niepewności i strachu, będzie musiał się ukrywać.

Remedium na wszystkie te kłopoty jest nowy system: DarkLeaks. I, chociaż odkrywanie sekretów rządów i wielkiego biznesu czasem wychodzi nam na dobre, lepiej zacząć się bać.

5

 

 Giełda tajemnic

DarkLeaks to internetowa giełda umożliwiająca całkowicie anonimowy handel wszelkiego rodzaju informacjami. A raczej – specjalny system pozwalający na stworzenie takiej giełdy. Mówiąc najprościej: jest to zestaw programów, których uruchomienie pozwala – na zasadach zbliżonych do aukcji internetowych – kupować i sprzedawać dane. Co w tym nowatorskiego?

Przede wszystkim platforma jest zdecentralizowana, czyli nie posiada żadnego głównego serwera. Funkcjonuje na zasadach podobnych do sieci wymiany plików torrent, co samo w sobie znacznie utrudnia jej ewentualną likwidację przez wywiad lub służby specjalne. Po drugie – wszystkie dane są zaszyfrowane, na dodatek kupujący nie ma możliwości odszyfrowania całej kupionej treści zanim zrealizuje płatność. A wreszcie – za środek płatniczy służą bitcoiny, czyli wirtualna waluta (o której za chwilę).

Samo oprogramowanie DarkLeaks dostępne jest w internecie całkowicie za darmo, a jego twórcy zachęcają wszystkich do pobierania i uruchamiania własnych węzłów sieci. Tak jak w przypadku torrentów, tak i tu im więcej owych węzłów działa, tym sprawniej funkcjonuje giełda i tym trudniej namierzyć poszczególnych jej użytkowników oraz rozbić całą sieć.

Pomysłodawcy DarkLeaks oczywiście nie mówią, że system powstał specjalnie w celu ułatwienia handlu nielegalnie pozyskanymi informacjami. To piewcy tak zwanej Wolnej Kultury, zagorzali przeciwnicy korupcji i manipulacji na szczeblach rządowych oraz bojownicy o wolność ludzkich umysłów – tak się przedstawiają. „Dajemy światu nowy sposób sprzedawania informacji wszelkiego rodzaju, typu i formy. To prezent dla Was, aby zatrzymać korupcję i rzucić wyzwanie władzy” (swoją drogą pojawia się tu ciekawa gra słów, bowiem angielski wyraz „scheme”, tu przetłumaczony jako „sposób”, może także oznaczać… spiskowanie czy konszachty). Ale też sami przyznają, że DarkLeaks to doskonałe miejsce do bezpiecznego handlu „hollywoodzkimi filmami, handlowymi i rządowymi tajemnicami, kradzionymi bazami danych, informacjami wywiadowczymi i wojskowymi sekretami” czy ostrą, zakazaną pornografią.

Rzecz w tym, że jeśli DarkLeaks zyska wystarczająco dużą popularność, by przekroczyć pewien poziom masy krytycznej, może okazać się faktycznie nie do powstrzymania, a „namierzalność” handlarzy i ich klientów – być bliska zera. Tym bardziej, że wykorzystanie bitcoinów jako środka płatniczego, pozwala zachować obu stronom całkowitą anonimowość – włącznie z tym, że nawet finalizując transakcję nic o sobie nie wiedzą (nie muszą na przykład wymieniać się adresami e-mail  czy kont typu Dropbox w celu wymiany plików z danymi).

Pieniądze, których nie ma

 4

Prawdziwą siłę projektowi DarkLeaks daje oparcie go na ideach i rozwiązaniach technicznych znanych z bijącej rekordy popularności wirtualnej waluty o nazwie BitCoin. Zrobiło się o niej naprawę głośno, gdy pod koniec 2013 roku jej wartość gwałtownie skoczyła w górę. Rok wcześniej około 1% znajdujących się w obiegu bitcoinów (120 tysięcy z 12 milionów) posiadali bracia Winklevoss – ci sami, którzy zasłynęli wytoczeniem głośnego procesu Markowi Zuckerbergowi o to, kto był pomysłodawcą Facebooka. Wtedy jeden bitcoin kosztował 13 dolarów, co oznaczało, że łączny „wirtualny majątek” Winklevossów wynosił nieco ponad 1,5 miliona USD. Zaledwie 12 miesięcy później wartość bitcoinów raptownie wzrosła – z 13 do 1240 dolarów. Z 1,5 miliona należącego do braci nagle „samo z siebie” zrobiło się blisko półtora miliarda!

To gigantyczne kwoty, ale nieźle zarobili też „mali ciułacze”: bitcoin jest walutą bardzo młodą i na początku nietrudno było go zdobyć. Jeśli więc ktoś miał choćby 2 czy 3 bitcoiny, to i tak nagle stał się posiadaczem kilku tysięcy dolarów. Wówczas o bitcoinach zrobiło się głośno.

 6

„Klasyczni” ekonomiści i ci z nas, którzy hołdują „starym dobrym tradycjom” w wirtualne pieniądze nie wierzą – wszak to waluta, której nie można dotknąć, której nikt nigdy „na oczy nie widział” i która „nie ma w niczym pokrycia”. Czyli, przynajmniej teoretycznie, każdy z nas mógłby sobie taką wymyślić i „produkować na prawo i lewo”. Nic bardziej błędnego! To prawda, że bitcoin nie jest monetą, lecz jedynie pozornie bezwartościowym ciągiem znaków, ale jego wytworzenie jest coraz bardziej kosztowne, a koszt ten rośnie z dnia na dzień – coraz szybciej. Bitcoin to tak zwany hash czyli ciąg znaków będący rezultatem wykonania określonych działań matematycznych. W tym przypadku są to bardzo skomplikowane obliczenia, których poziom trudności wzrasta z czasem i ilością wcześniej wyliczonych hashy. Jest już na tyle wysoki, że do generowania bitcoinów nie tylko buduje się specjalne, bardzo wydajne (i bardzo drogie!) komputery, ale nawet produkuje specjalizowane procesory, które nie potrafią robić nic innego od wyliczania wspomnianych hashy.

Wartość bitcoinów znajduje zatem pokrycie w wartości używanego do ich wytworzenia sprzętu i – przede wszystkim – zużytego na jego potrzeby prądu. Przy obecnym poziomie trudności obliczeń – wykorzystując do generowania bitcoinów typowego domowego laptopa potrzebowalibyśmy około 10 lat na uzyskanie… jednego (aktualna wartość to niecałe 240 USD).

Jeśli więc mit o „bezwartościowości” uznamy za obalony, to na przyszłość bitcoinów trzeba spojrzeć nieco poważniej – dziś to coraz popularniejszy sposób płacenia w internecie, a przede wszystkim ogromy, błyskawicznie obracający walutami międzynarodowy rynek finansowy o bilionowej wartości. Na dodatek –  całkowicie anonimowy.

Bitcoin bowiem, choć funkcjonuje w internecie, jest systemem zdecentralizowanym – a więc do jego działania (generowania i przekazywania) nie są potrzebne żadne serwery. Nikt nie sprawuje i nie może sprawować kontroli nad walutą, a im więcej użytkowników, tym większe bezpieczeństwo transakcji. Płacąc bitcoinami nie ujawniamy swojej tożsamości, ponieważ sam bitcoin (oraz tzw. portfel czyli plik, w którym przechowujemy swoje wirtualne pieniądze) nie jest w żaden sposób z nami powiązany i nie zawiera żadnych informacji pozwalających nas zidentyfikować. Tak samo jest, gdy płatność przyjmujemy.

Zamknięta jakiś czas temu internetowa giełda Silk Road, będąca platformą na której handlowano głównie narkotykami oraz fałszywymi dokumentami, również wykorzystywała bitcoiny jako środek płatniczy – właśnie z opisanych powyżej powodów. Twórcy DarkLeaks posunęli się jednak o kilka kroków dalej, ponieważ nie tylko wykorzystali płatności BitCoin, ale też zbudowali swoją platformę w oparciu o mechanizmy informatyczne tego systemu – w ten sposób nadając jej takie same cechy. To dlatego w przeciwieństwie do WikiLeaks czy Silk Road, DarkLeaks może okazać się nie do pokonania. Przynajmniej w perspektywie najbliższych paru lat.

2

Początek końca

Twórcy DarkLeaks nie ukrywają swojej tożsamości. W plikach z oprogramowaniem jawnie podają swoje nazwiska, a nawet adresy poczty elektronicznej. W sumie – nie ma się czemu dziwić, wszak napisanie programu trudno uznać za jakiekolwiek przestępstwo. Tak samo, jak wytapianie stali nie oznacza nawoływania do wykuwania mieczy.

Powstanie DarkLeaks oznacza jednak początek końca internetu i świata jaki znamy – bo oznacza, że choć wreszcie potężny oręż zyskali prześladowani przez wiele rządów aktywiści na rzecz praw człowieka, obywatelskiej wolności i całkowitej demokracji, to jeszcze bardziej przydatne narzędzie otrzymali przestępcy. Handel patentami, informacjami wywiadowczymi, utajnionymi planami, wewnętrznymi tajemnicami biznesowymi firm, kradzionymi danymi i tożsamościami, pirackimi filmami i muzyką czy choćby nagimi zdjęciami wykradzionymi z komputerów celebrytów – stanie się łatwy i bezkarny jak nigdy.

„Nie bój się. Przystąp do rewolucji i odzyskaj swoją wolność”  –  manifestują twórcy DarkLeaks –  „Rękawice zostały rzucone. Rozpoczął się bunt.”

Researchers dressed in panda costumes transfer giant panda Tao Tao to new living environment in Wolong National Nature Reserve, Sichuan province

Fotos lic: CC Flickr

About Author

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*