Dzieciństwo w PRL-u

Dzieciństwo w PRL-u

Pamiętacie swoje lata dzieciństwa? Jakże różniły się od tych, które przeżywają teraz nasze dzieci. Jeśli dziś nasze odrostki bawiłyby się tak jak my, najprawdopodobniej szybko odwiedziłaby nas opieka społeczna czy policja, a my, jako rodzice, osądzeni bylibyśmy od czci i wiary. Zgadzacie się?

Dziś nie pozwalamy naszym dzieciom robić tego, co myśmy kiedyś robili. Uważamy to za zbyt niebezpieczne i w ogóle nie do przyjęcia. Jako dorośli, z przerażeniem opowiadamy sobie o tym, co robiliśmy w dzieciństwie i jak tragicznie mogłoby się to skończyć. Mimo to, beztroskie czasy małolactwa wspominamy z błyskiem w oku i szerokim uśmiechem na twarzy. Jak było?

Klucz na szyi i podarte kolana

Kto nie pamięta włóczęg od rana do nocy, z kluczem na szyi? Nieraz, zgrają dzieciaków, lub z ulubionym kumplem/koleżanką urządzaliśmy eskapady w naprawdę odległe miejsca. Piechotą, albo rowerem. Do parku na drugim końcu miasta po konwalie, fiołki, kasztany. Do lasku za torami po baźki. Za garaże, do ulubionych “bunkrów” w krzakach. Na ryby, na basen, staw, górki, wzgórza, krzaki, rowy, pastwiska (po kwaśny szczaw), działki, stodoły i wiele innych miejsc, które były dla nas atrakcyjne. Chodziło się szabrować jabłka czy inne owoce, które akurat dojrzewały na drzewach. Wracaliśmy potem, umorusani, poparzeni pokrzywami (śliniło się, żeby mniej piekło), z kieszeniami lub koszulką pełną, najczęściej na wpół zielonych owoców (pychota!). Przeżywaliśmy gonitwę, jaką urządzał nam z wyzwiskami i kijem w ręku właściciel ogródka. Baliśmy się, że pójdzie na skargę do rodziców.

Nie było drzewa, płotu, nieużytku, którego by się nie oblatało. Niejedno ubranie nie przeżyło bezpiecznie takiej zabawy. Powroty, późnym popołudniem wiązały się zwykle ze strachem, co będzie w domu. Kończyło się najczęściej karczemną awanturą albo lepiej: laniem. Pomagało do następnej wyprawy. Dramat bywał, jeśli któreś z dzieciaków zgubiło klucz od domu. Solidarnie szukali wszyscy. Nawet dzieciaki z innych osiedli. Dziś wyobrażacie sobie, puścić rano dziecko na dwór i zobaczyć je późnym popołudniem, albo wieczorem?

Wpadła bomba do piwnicy…

A latanie po piwnicach pamiętacie? Robiło się tam różne rzeczy nie przeznaczone dla oczu dorosłych. Graliśmy w butelkę, kombinowaliśmy z różnymi niebezpiecznymi substancjami, rozbieraliśmy na części pierwsze urządzenia przyniesione ze śmietnika. W piwnicy preparowało się z korków od wódki bączki z saletry i cukru, które podpalone, śmiesznie syczały, strzelały i kręciły się w kółko. Robiło się wulkan z saletry, nabijało puszki karbidem, paliło zapałki. Pisaliśmy kredą albo cegłami po murach piwnicznych. Smarowało się na tego, z kim było na pieńku. Raz kolega przyniósł wykopany gdzieś niewybuch. Dziś nosi szklane oko.

Każda zabawa w chowanego odbywała się w piwnicach i klatkach. Dorośli krzyczeli, żeby tam nie latać. A ile było zabawy, jak zalewało piwnicę, albo wybijała kanalizacja… W kaloszach i smrodzie potrafiliśmy przesiedzieć tam cały dzień.

Nudy? Nigdy w życiu!

Dziś moje dzieci często marudzą: mamo, nudzi mi się. Problem znika, gdy poda się laptopa. Wtedy dziecko robi się niewidzialne. Jeść, pić i korzystać z toalety nie musi. Największa kara to ograniczyć dostęp do komputera.

Dla nas największą karą był szlaban na podwórko! Ściskało w dołku, kiedy ktoś przychodził pytać, czy się wyjdzie na dwór. Błagało się mamę, żeby pozwoliła wyjść. A na podwórku? O, zawsze przygoda. Zabawy w pięć cegieł, chowanego, ganianego, chłopa, króla, kluchy, państwa-miasta, ciuciubabkę, gumę, sznura, klasy, ślepego Niemca, kapsle, sklep. Były zabawy, które dzieliły dzieci na chłopców i dziewczynki, ale były też i takie, kiedy do piaskownicy nie można było włożyć stopy, taki był ścisk! Pamiętacie skrzypiące metalowe huśtawki, karuzele, ślizgawki, drabinki? Kilka razy mama wołała z okna, zanim się poszło w końcu do domu. Kiedyś tak szaleliśmy na karuzeli, że się złamała! Rozkręcaliśmy ją maksymalnie i patrzyliśmy, kogo nie wrzuci na zewnątrz siła odśrodkowa. Ale był ubaw jak ktoś zwymiotował! Tak bawili się głównie chłopaki. Dziewczyny stały i patrzyły. Jednak kiedy bawiliśmy się w sklep, czy ganianego, to robiły to wszystkie dzieciaki. Bez wyjątku.

Latem, do późnego wieczora zalegaliśmy na ławkach przed blokami, lub szaleliśmy w porozkładanych na trawnikach namiotach. Pamiętam zapach zdeptanej trawy i nagrzanego namiotowego ortalionu. Spędzaliśmy nieraz, całymi tygodniami noce w namiotach. Graliśmy w karty, opowiadaliśmy sobie straszne historie. Wyobrażacie sobie dzisiaj Wasze dziecko nocujące w namiocie pod blokiem? Proponuję swojej ośmioletniej córce spanie w namiocie w ogrodzie. Słyszeć nie chce.

Maamoooo… Rzuć kanapkę!

Pamiętam jak dziś, że wszystko załatwiało się przez okno. Kiedy jakieś dziecko wołało pod blokiem, wyglądały wszystkie mamy, żeby sprawdzić, które to. Jeśli była przednia zabawa, do domu na obiad nie chodziliśmy. Wołało się mamę, żeby rzuciła coś do zjedzenia. Pamiętam kanapki z pasztetową w papierowej torebce po cukrze. Rzucone z czwartego pietra, przypominały raczej marmoladę, ale były pycha! Zawsze znalazł się ktoś kto się prosił: daj gryza. To się dawało…

Trzepak – Ośrodek podwórkowego życia

Stały element każdego podwórka- śmietnik i trzepak. Zrzeszał zawsze zgraję dzieciaków. W śmietniku szukaliśmy ciekawych rzeczy. Było tam pełno much, pszczół, os i smrodku, co nam wcale nie przeszkadzało. W poszukiwaniach rozwalaliśmy śmieci, za co solidarnie krzyczeli na nas dorośli. Nie było śmietnika, przy którym nie stałby trzepak. Wprawdzie tatusiowie trzepali na nich dywany (charakterystyczny huk niósł się echem po blokach), ale tak naprawdę trzepaki należały do nas – dzieciaków. Robiliście fikołki i inne akrobacje? Wieszaliście się na rękach i nogach? Zdarzało się spaść. Nikt nie płakał. Mazanie się było w złym stylu.

Kiedyś puste podwórka były tylko w czasie lekcji, deszczu i dobranocki. Dziś nikt się nie bawi na dworze. Tylko maluszki z mamami. Prowadzimy sterylne, poukładane życie. Nasze dzieci nie jedzą niczego, co nie jest umyte, sparzone, zdezynfekowane i co tam jeszcze. Nie bawią się w piaskownicach, bo tam koty i psy sikają. Śmietniki zamykamy na klucze, odcinamy się od wszystkiego, co nieestetyczne, naturalistyczne. Odcinamy się od natury, prawdy, życia, starości, śmierci łykając coraz więcej tabletek na depresję.

Majówki, festyny, stragany i wata cukrowa

O co prosiliście najczęściej rodziców? Co było szczytem marzeń w czasach, nie tak pełnych wszystkiego dobrego? Oranżada, wata cukrowa, lody z maszyny sprzedawane w kioskach. Mały kosztował 2,50. Zwykła czekolada, guma kulka, słodki kisiel, lizak to był cel pragnień dziecięcych tamtych lat. Zabawki nie były nam potrzebne. Potrafiliśmy zrobić je sobie sami. Ale jak przyjechała budka z watą cukrową, kolejka stała kilometrowa… Pamiętacie vibovit w proszku jedzony palcem? Oranżadę w woreczku, albo sok sprzedawany na ulicy? Wszyscy pili z jednej szklanki, którą sprzedający mył na miejscu, a wodą była zwykła kranówka.

Pamiętam festyny i majówki w parku, na które chodziło się po pochodach. Były stargany. Prosiliśmy rodziców, żeby kupili pierścionek, piłkę na gumce, pistolet na kapiszony, loda. Z pierścionka zwykle jeszcze do wieczora wypadało oczko. Albo imprezy rodziców. Po kryjomu spijało się słodkie likiery z kieliszków i spało w poprzek na kanapie z innymi dzieciakami. Na śledzia.

Mamy masę cudownych wspomnień, wspaniałych przygód i dziecięcych tajemnic. A nasze dzieci co będą wspominać kiedy dorosną? Kiedy słucham, o co proszą, jakie mają wymagania od życia i w stosunku do rodziców, to robi mi się dosłownie smutno.

 

Do napisania.

 

 

Foto: Flickr (lic.CC)

 

 

 

About Author

Komentarze

  1. evvkas
    evvkas 21 czerwca, 2015, 19:54

    Nostalgia…Bardzo dobry artukul

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. evvkas
    evvkas 21 czerwca, 2015, 19:54

    Nostalgia…Bardzo dobry artukul

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*