Jak wyprodukowałam szczęście

Jak wyprodukowałam szczęście

Kilkanaście lat temu borykałam się z długimi okresami obniżonego nastroju, trochę z powodu skłonności osobniczych, a trochę z powodu doświadczeń życiowych. Wpadałam w dołki i tkwiłam w nich z przeraźliwą przyjemnością leżenia. Wypełniałam swoje obowiązki życiowe na tamten czas, czyli zajmowałam się dziećmi, a potem podjęłam pracę, ale wszystko przychodziło mi z trudem i przymusem. Nie miałam poczucia radości, ani wartości mojego życia. Tkwiłam w przetrwalniku bez nadziei na lepszy czas. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że były to objawy depresji. Jak to zwykle bywa, w ślad za chorobami duszy przyszły dolegliwości ciała.

Dostałam wtedy skierowanie do sanatorium w Bieszczadach. Przydzielono nam przewodnika, który dwa razy w tygodniu wyprowadzał chętnych kuracjuszy na pobliskie ambitne szlaki. Musiałam przystawać, aby nabrać oddechu, ale po chwili odpoczynku coś ciągnęło mnie znowu w górę. W nagrodę czekały mnie piękne widoki, ale to nie wszystko. Poczułam jakąś magię, ten wysiłek i pokonywanie słabości wprawiały mnie w coraz lepszy nastrój. Nauka tłumaczy to wydzielaniem w trakcie długotrwałego wysiłku dobroczynnych endorfin, nazywanych też hormonami szczęścia. Te związki chemiczne wprawiają w błogostan, niwelują napięcie, ból i zmęczenie. To była dla mnie eureka, że znalazłam lekarstwo na swoją psychiczną niemoc. Pół roku później znalazłam się przejazdem w okolicach Szklarskiej Poręby i zawieziono mnie na podziwianie wodospadu Kamieńczyka. Oczywiście przy okazji podreptałam na Szrenicę i tak mnie te widoki zauroczyły, że postanowiłam tam wrócić, aby nasycić się bardziej szumem górskich rzek, zielenią iglastych drzew i kamiennymi szlakami. Zaplanowałam dwa tygodnie urlopu w Karpaczu. Codziennie wychodziliśmy na szlaki: a to na Śnieżkę, a to na Przełęcz Okraj, a do Samotni, a to do skał Słonecznika. W końcu moja dzielna grupa podjęła wyzwanie przejścia głównym szlakiem karkonoskim wychodząc z Karpacza zaliczając Śnieżkę i Szrenicę, a kończąc w Szklarskiej Porębie. Widoki z grzbietów były przepiękne, szczególnie na Wielki Staw oraz Śnieżne Kotły, ale nie spodziewałam się, że ta trasa – raz w górę, raz w dół – będzie tak ekstremalnie męcząca. Spędziłam 10 godzin na szlaku w nieustannej obserwacji i koncentracji, gdzie bezpiecznie postawić nogę, momentami walcząc z paraliżującym lękiem wysokości i dusznościami, osłaniając się przed upalnym słońcem na przemian z silnym wiatrem. Moje stopy kilkadziesiąt tysięcy razy stawały w różnych pozycjach, na powierzchniach o różnej twardości, śliskości i pochyleniu, a często na ostrych krawędziach. Ostatnie zejście nie miało końca, ugięte kolana protestowały, a niewygodne, najeżone ostrymi kamieniami podłoże wzbudzało w myśli same niewybredne słowa. Na koniec dnia myślałam tylko nogami, parłam jak ten koń do stajni i nie miałam żadnych innych potrzeb poza zdjęciem butów i położeniem się. Miałam pretensję sama do siebie, że coś mnie podkusiło na taką wyprawę, że świadomie i dobrowolnie podjęłam taki trud na granicy możliwości. Obiecałam sobie solennie, że nieprędko znowu pójdę pod górę, że nie będę narażać się na kolejne podobne zmęczenie, a tymczasem… Następnego dnia stawiłam się punktualnie na miejscu zbiórki razem z resztą grupy. Tak zadziałał mój osobisty narkotyk, to te spodziewane endorfiny zmusiły mnie do kolejnego wyjścia na szlak.

Na szczycie czuję się wolna, szczęśliwa i zwycięska, ogarniam – dosłownie i w przenośni – szersze horyzonty, odbieram wyraźniej piękno wszechświata, które nie jest przesłaniane przez wytwory cywilizacji, zagłuszane przez samochody, ani zadymiane przez spaliny. Nie myślę o zmęczeniu, a moje wyostrzone zmysły delektują się majestatem gór, błękitem nieba, zapachem lasów i szmerem strumyków. Nawet posiłek smakuje inaczej, a woda jest życiodajnym nektarem. Następuje zmiana hierarchii ważności, zmniejsza się ilość moich ewentualnych potrzeb, skupiam się tylko na prostym przetrwaniu i radosnej euforii.

Nauczyłam się wtedy, jak produkować sobie szczęście na urlopie. A na co dzień, w małym miejscowym wymiarze średnio raz w tygodniu organizuję sobie długie, co najmniej dziesięciokilometrowe, spacery po moim okolicznym łonie przyrody. I właśnie podobnie poczułam się po wczorajszej trasie leśnymi pagórkami – mocno zmęczona, ale szczęśliwa.

Tekst i foto: GABRIELA

DSCN1560         DSC08517

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kategorie: Felietony, Felietony

About Author