Janusz Korwin-Mikke przyjeżdża do Londynu. Ma nadzieję, że go nie wpuszczą do UK?

Janusz Korwin-Mikke przyjeżdża do Londynu. Ma nadzieję, że go nie wpuszczą do UK?

Po co? Chyba tylko po to, aby podzielić los Jacka Międlara, który prawie rok temu został zatrzymany przez brytyjskie służby graniczne na lotnisku London Luton i karnie zawrócony do kraju.

Historia prób wjazdu Jacka Międlara do Wielkiej Brytanii ma więcej niż dwa epizody. „Były ksiądz” został cofnięty z brytyjskiej granicy co najmniej dwukrotnie – w lutym i w czerwcu zeszłego roku. Za każdym razem Międlar informował w mediach (także społecznościowych), że nie wpuszczono go do UK z uwagi na jego wyraziste, patriotyczne, prokatolickie poglądy. Międlar sugerował między innymi, że przedstawiciele służb granicznych, w trakcie przesłuchania, śmiali się z jego wiary czy z przywiązania do barw narodowych. Po lutowym epizodzie napisał na swoim Facebooku: „Niebawem nagram przemówienie, które miałem wygłosić w Telford, a Żydów doprowadziło do białej gorączki. Od miesięcy jestem przez nich inwigilowany”. Z kronikarskiego obowiązku warto przypomnieć, że w Telford Międlar miał wziąć udział w wiecu antyimigranckiej, oskarżanej o rasizm organizacji Britain First (a więc ugrupowania, które dopiero od niedawna próbuje podlizać się Polonii w UK, a które wcześniej było do niej bardzo wrogo nastawione i którego liderzy zostali jakiś czas temu skazani przez brytyjski sąd na 18 i 36 miesięcy pozbawienia wolności). W jakim celu Britain First zorganizowała wiec w Telford? Oddajmy głos Polakowi, który brał w nim udział.

„Jesteśmy tutaj w Telford, żeby zaprotestować przeciwko temu, co się dzieje, przeciwko tym, co robią muzułmańscy terroryści, co robią muzułmanie i że oni po prostu gwałcą” – mówi mężczyzna widoczny na nagraniu. Wychodzi więc na to, że Międlar chciał pojechać na antymuzułmański wiec, ale Żydzi mu nie pozwolili. Logiczne? No pewnie! Wiadomo, że Żydzi i Arabowie od lat trzymają ze sobą sztamę i tylko spiskują przeciwko polskim „patriotom”.

Polskich radykałów (nieudane) podróże do UK

Jacka Międlara nie wpuszczono do UK w lutym ubiegłego roku. Zatrzymano go na granicy, przesłuchano i zawrócono. Przeciętny człowiek poczułby się w takiej sytuacji upokorzony. Pewnie poskarżyłby się na incydent władzom konsularnym, pożalił znajomym, próbował coś ugrać na drodze formalnej, ale nie trąbiłby o tym w mediach. Bo to jest po prostu wstyd. Dla przeciętnego człowieka to wstyd i upokorzenie, ale nie dla Jacka Międlara, który – mimo złych doświadczeń z lutowej podróży do Wielkiej Brytanii – ponownie wybrał się do UK w czerwcu. I ponownie został zawrócony jeszcze w brytyjskim przedsionku.

Czy Jacek Międlar nie przewidział, że jego drugi wypad do Wielkiej Brytanii skończy się tak samo, jak ten pierwszy? Liczył, że w niespełna cztery miesiące brytyjskie służby graniczne zmienią o nim zdanie, pozwolą na legalu wjechać do UK i robić tu to, co robi w Polsce, czyli wyzywać i obrażać wszystkich, którzy myślą inaczej niż on, którzy uprawiają inny seks, niż Jacek Międlar uważa za jedyny właściwy czy wierzą w innego niż on boga?

Oczywiście, że Jacek Międlar wiedział (lub przynajmniej brał pod uwagę), że na 99,9 procent znów go do UK nie wpuszczą. Po co ryzykował? Po co kolejny raz dał się upokorzyć? Jak to po co? Dla sławy! Jacek Międlar nie jest pierwszoligową gwiazdą. Główne media w Polsce już znudziły się jego wulgarnymi wybrykami, blask „byłego księdza” już dawno przygasł. Bo ileż razy można kogoś obrażać i wyzywać tak, żeby było to ciekawe dla prasy czy telewizji? A przecież przez długi czas Międlar nic innego nie był w stanie zaoferować. Gdzie tylko się pojawiał, tam wyzywał, opluwał, atakował. Nic więcej. Aż do momentu, kiedy go cofnęli z granicy i kiedy mógł zrelacjonować, jak to funkcjonariusze Border Force szydzili z jego patriotyzmu czy religijności. Czy faktycznie tak było? Czy naprawdę szydzili? Problem w tym, że nikt, oprócz Międlara, nie może tego potwierdzić. Ale to wystarczyło…

Wystarczyło, żeby „byłego księdza” („niespodziewanie”) drugi raz nie wpuścili do UK, a Międlar ponownie znalazł się na czołówkach i paskach głównych mediów. I znów mógł, choćby przez chwilę, robić to, co najwyraźniej kocha najbardziej. Mógł błyszczeć! Grzać się w blasku sławy!

Attention seekers made in Poland

Podobny co Międlara los spotkałby Rafała Ziemkiewicza. Publicysta zachował twarz, z pomysłu przyjazdu do UK wycofał się rakiem i oficjalnie odwołał swoją wizytę po tym, jak stało się dla niego jasne, że granicy brytyjskiej najprawdopodobniej nie przekroczy. Oczywiście, Ziemkiewicz nie omieszkał przy okazji napisać kilku Twittów obrażających Wielką Brytanię. Po co więc tak bardzo chciał do niej pojechać? A może wcale nie chciał, tylko miał nadzieję, że sprawa wyjazdu skończy się tak, jak się skończyła i że media będą o nim trąbiły? Bo Ziemkiewicz dobrze zdaje sobie sprawę, że jego poglądy nie wszędzie są „mile widziane”. W UK „nie lubi się” żartów z obozów koncentracyjnych, z komór gazowych czy z wykorzystywanych kobiet. A takie właśnie żarty to codzienność Ziemkiewicza.

Niedawno problemy z wjazdem do Wielkiej Brytanii miał prawicowy autor Wojciech Sumliński, który sam uważa się za dziennikarza śledczego, jednak bardziej niż z publikacji autorskich zasłynął z tego, że w książce o „Niebezpiecznych związkach Bronisława Komorowskiego” kopiował wątki i zdania z powieści Alistaira MacLeana czy Paulo Coelho (przykłady plagiatów opisane zostały na przykład tutaj: http://kompromitacje.blogspot.com/2016/01/sumlinski-plagiator-patologiczny.html).

Sumliński miał w UK promować nową książkę, stworzoną między innymi wspólnie z „Masą”, najsłynniejszym (bo i najchętniej brylującym w mediach) polskim świadkiem koronnym, któremu postawiono ostatnio osiem zarzutów (grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności). Sumlińskiego wypuszczono z lotniska po czterech godzinach. Jak twierdzi, strażnicy traktowali go tak, jakby był przestępcą, pytali o poglądy i sympatie polityczne. W końcu – pozwolili wjechać do UK. Na kameralne spotkanie z czytelnikami w Slough Sumliński najwyraźniej dotarł (według Facebooka, w spotkaniu wzięło udział 29 osób). Zanim jednak zdążył opowiedzieć przedstawicielom Polonii o swojej nowej publikacji, poinformował (najpierw przez pośredników) media o tym, że był przetrzymywany na lotnisku. Bilans? W spotkaniu wzięło udział kilkadziesiąt osób, o sprawie zatrzymania wiedzieli wszyscy.

Po co Korwin jedzie do UK?

Teraz przyjazd do Wielkiej Brytanii zapowiada Janusz Korwin-Mikke. Chęć udział w spotkaniu (według Facebooka) zadeklarowało jak na razie około 150 osób. Warto zaznaczyć, że wydarzenie nie jest mocno promowane. Dlaczego?

Korwin-Mikke nie jest już europosłem. Jego ostatnie ugrupowanie cieszy się poparciem na granicy błędu statystycznego. Podobnie było podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce, kiedy partia KORWIN zdobyła jedynie 4,76 procent głosów. Co innego w UK! Polonia chętniej stawiała przy KORWINIE krzyżyk. Ostatecznie partia ta uzyskała tutaj bardzo dobry wynik – swój głos w 2015 roku oddało na nią aż 20 procent Polonii w Wielkiej Brytanii. Można więc zaryzykować, że w londyńskim spotkaniu z Korwinem będzie chciało wziąć udział więcej niż 150 osób. Czy tak będzie? To się okaże. O ile Korwin-Mikke w ogóle wjedzie do Wielkiej Brytanii.

Problem polega na tym, że polityk już „nie grzeje” tak, jak kiedyś. To casus podobny do Międlara – Korwin-Mikke już się opatrzył, niczym nie jest w stanie Polaków zaskoczyć. Przyzwyczailiśmy się do jego wyskoków. Nie jest już europosłem, dryfuje na marginesie politycznego bajorka, nic nie znaczy. W Polsce. I – jak można wywnioskować po niewielkim zainteresowaniu spotkaniem – Korwin nie jest już sensacją dla Polonii. Za to może być sensacją dla brytyjskich służb.

W Wielkiej Brytanii Korwin to (o ile ktoś pokusi się o przejrzenie jego wypowiedzi) postać kontrowersyjna. Mieszkańcom UK kojarzy się ze śmiesznym angielskim, „hajlowaniem” w europarlamencie i głośnym występem w telewizji śniadaniowej, podczas którego został „zaorany” przez Piersa Morgana. Ale nie tylko z tym. Dla Brytyjczyków Korwin to homofob, mizogin, rasista i antysemita. Ucieleśnienie „hate speech” – mowy nienawiści, za której używanie w UK można mieć spore problemy.

Bardziej niż Polonia przyjazdem Korwina do UK interesują się brytyjskie organizacje walczące z rasizmem, homofobią czy ksenofobią. Na stronach tych organizacji od jakiegoś czasu pojawiają się alarmujące informacje o tym, że „polski mizogin” chce przemawiać w UK. Jestem pewna, że te doniesienia zwróciły już uwagę służb. Pytanie tylko, czy te służby zareagują?

Korwin, mam wrażenie, na to właśnie liczy. Jeśli polityk zostanie zatrzymany na granicy (choćby na chwilę), możemy mieć pewność, że zrobi wszystko, aby o tym incydencie było głośno. Głośniej niż o celu, dla którego do UK się wybrał. Bo Korwin sławę i zainteresowanie wokół siebie kocha. Kocha bardziej od polityki, w której (o czym świadczą jego wyborcze wyniki i żadne wymierne efekty pracy jako parlamentarzysta i europarlamentarzysta) po prostu się nie sprawdza.

Każdy radykalizm ma dwa końce

Tu nie chodzi o czysto polityczne poglądy Korwina. Ma takie, jakie ma i nikomu (włącznie z Border Force) nic do tego. Serio, nikt Korwina nie zawróci z granicy za to, że ten nie lubi podatków. Nie dajcie się zmanipulować! To nie jest wojna polityczna prawa z lewem. Tu chodzi o walkę z radykalizmem, który w Polsce cieszy się cichym przyzwoleniem, ale w UK jest nieakceptowalny. O czym i Korwin, i Ziemkiewicz, i Międlar i Sumliński wiedzą. Nie odpowiada im to, że w UK jest inaczej niż nad Wisłą? Spoko. Tylko dlaczego – mimo to – do UK się pchają?

Polacy w UK oburzają się (słusznie!) na ksenofobiczne graffiti. Irytuje nas (słusznie!), kiedy jakiś lokalny tuman napisze na murze „Fuck you Poles”. Na przejawy ksenofobii wymierzonej w nas wściekamy się gremialnie. Ale kiedy ktoś na murze napisze „Fuck you Muslims” – część z nas przymknie na to oko. Albo i się uśmiechnie.

Dzielimy radykalizm na dobry i zły. Jak w nas biją – źle. Jak biją w innych – spoko. A już najlepiej, jak biją w kogoś, kogo nie lubimy. Ale w Wielkiej Brytanii tak to nie działa. I nie jest akceptowalne.

Wielka Brytania rozumie „hate speech” tak, jak rozumie. I nic nam do tego. Mieszkamy tu, musimy to akceptować. Wielka Brytania ma prawo podejrzewać, że polski „były ksiądz” chce wjechać do UK po to, żeby robić tu to samo, co robi u siebie, nad Wisła: opluwać, wyzywać, atakować. Wielkiej Brytanii się to nie podoba, więc go nie wpuszcza. To nie jest wojna polityczna ani działanie „tajnych sił”. To walka o zachowanie pewnych zasad, które w UK są ważne, a których w Polsce (jeszcze?) nie respektuje się na cywilizowanym poziomie.

Teoretycznie: gdyby polskie służby graniczne odmówiły wjazdu dżihadyście, też byśmy się oburzali? Też uważalibyśmy, że to wojna polityczna, że „biedny dżihadysta” nie wjechał, bo go rząd cenzuruje, że to masońsko-muzułmańsko-żydowsko-lewacki spisek i wybiórcza tolerancja? Polska ma prawo odmówić wjazdu komuś, kogo uważa za niebezpiecznego. Wielka Brytania miała prawo zatrzymać Międlara. Będzie miała prawo zrobić to samo z Korwinem. A Korwin będzie miał prawo wykorzystać ten „niespodziewany” incydent do autopromocji. Szkoda, że naszym kosztem.

 

Nadesłano: Joanna Orzechowska

Korekta i śródtytuły: Redakcja

To jest autorski felieton nadesłany przez Czytelniczkę. Masz inne zdanie? Napisz dla nas! Chętnie opublikujemy Twój tekst bez cenzury!* (*za wyjątkiem wulgaryzmów, które wykropkujemy)

Foto: By Jakub Bułas [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], from Wikimedia Commons

Kategorie: Felietony

About Author