Janusz Korwin-Mikke. Wieloletnia masakra obietnicą wyborczą

Janusz Korwin-Mikke. Wieloletnia masakra obietnicą wyborczą

Czy Korwin-Mikke ma jakieś wyjątkowe zdolności? Tak, nigdy nie przygrywa! Tak przynajmniej twierdzą jego fani, według których „Krul” zawsze „masakruje” swoich interlokutorów. Nawet wtedy, kiedy ci interlokutorzy koncertowo orzą „Krula” jego własną bronią: chamstwem i nieobliczalnością.

Ale, żeby nie było, kilka plusów Korwin-Mikkemu przyznać trzeba. Polityk nie ma jakiejś jednokierunkowej obsesji. No, nie licząc Krzywej Laffera, za pomocą której potrafi wyjaśnić wszystko – od korelacji między stawką podatku VAT i wielkością wpływów do budżetu państwa, aż na naukowym potwierdzeniu istnienia Reptilian kończąc. Korwin-Mikke posiadają jako tako sformułowany program (a to dziś rzadkość!) i od lat konsekwentnie, powolutku drepcze po dawno obranej, światopoglądowej ścieżce. Chociaż, z drugiej strony, to ostatnie jest jednoczesną zaletą i wadą. No bo jak to? Nie zmieniać poglądów? Nie rozwijać się, nie ewoluować, olewać to, że rzeczywistość idzie do przodu? Cóż, zakrawa to o potężną megalomanię i zbyt duże przywiązanie do (rozumianych w nieco wypaczony sposób) wartości konserwatywnych.

Janusz Korwin-Mikke, czyli gadatliwy członek członka

Gwiazdor popkultury, człowiek-mucha i wytrawny taktyk, który buduje swój elektorat poprzez rozmnażanie – ot, cały Korwin-Mikke. Problem w tym, że ojciec z niego raczej słaby. Nie chodzi wcale o tajemniczy incydent z nożem i jego synem w rolach głównych. Nie chodzi też o fankę sieci sklepów OBI, córkę Korynnę Korwin-Mikke, której tatuś – wbrew głoszonym postulatom – nie upitolił rączki po tym, jak złapano ją na próbie kradzieży. O czym więc mowa? Ano o tym, że podstarzały, ale wciąż pełen wigoru i sił życiowych (którymi się szczodrze dzieli z młodymi działaczkami) ideolog został wystawiony przez swoje partyjne dzieci, przez co – w wieku ponad siedemdziesięciu (!) lat – zmuszony został do założenia kolejnej partii. Tym samym, będąc członkiem samego siebie (ugrupowanie KORWIN), kolejny raz bierze udział w wyborach.

Według ostatnich sondaży Korwin-Mikke, trzymany na krótkiej smyczy przez Wiplera, może liczyć na czwarte miejsce i poparcie na poziomie 5-10%. Jego partia, mając na uwadze zaplanowane na jesień tego roku wybory parlamentarne, osiągnie zapewne podobny wynik. „Krul”, nawet gdyby doczłapał się wreszcie do prezydentury, nie dysponowałby więc poparciem, które pozwoliłoby mu na wprowadzenie choćby części z głoszonych dziś postulatów i obietnic. Korwin to wie. Wie to też Wipler – czyli, jak mówią osoby blisko związane z partią, Anioł Stróż, który ma pilnować, aby nieokrzesany „Krul” nie wyskoczył pod koniec kampanii z pochwałą dla Hitlera, tekstem podważającym inteligencję kobiet czy kontrowersyjnym hasłem o inwalidach, którzy nie powinni organizować zawodów sportowych, bo równie dobrze można by organizować „szachy dla debili”.

Dlaczego z góry skazany na porażkę Korwin-Mikke kandyduje? Bo to jego hobby, bo nie ma nic do stracenia, bo jest uzależniony od sławy i poklasku ze strony dorastających wyborców? Trudno powiedzieć. Nie śmiem wątpić w jego inteligencję (chociaż odróżniam IQ od mądrości), a przez to mam nieodparte wrażenie, że Korwin-Mikke od kilkudziesięciu lat testuje swoich wyborców. Sprawdza, jak daleko może się posunąć, co im wcisnąć, co obiecać, na jak wiele się jeszcze nabiorą. Bo przecież nikt ze sztabu „Krula” (jak i sam „Krul”) nie wierzy chyba, że wszystkie te postulaty wyborcze (zwłaszcza bez poparcia Sejmu) da się przeforsować?

 

A co takiego obiecuje nam Korwin-Mikke?

* Likwidacja PIT i CIT, VAT na poziomie 15-20% – to sztandarowe obietnice Korwin-Mikkego, jego drobna obsesja i pomysł na całe zło. Czy sprawdzony? Nie wiemy, bo nigdzie na świecie nie wprowadzono dotąd tak drastycznych regulacji. Polska miałaby być więc poletkiem doświadczalnym „Krula”. Sęk w tym, że Prezydent Korwin-Mikke nie mógłby, ot tak!, zlikwidować czy obniżyć podatków. Potrzebowałby poparcia Sejmu. Tego, jak wskazują sondaże, by nie miał. A nawet jakby miał – skończyłoby się to wieloletnią zapaścią gospodarczą i późniejszym, powolnym wychodzeniem na prostą, (być może) ku lepszemu. Spoko perspektywa, nie? Byłoby lepiej bez wysokich podatków. Ale czy naprawdę chcemy być szczurami laboratoryjnymi pasącymi się na poletku doświadczalnym Korwin-Mikkego, który – w momencie, gdy jego wizje wreszcie się sprawdzą – będzie obchodził co najmniej setne urodziny i niekoniecznie myślał o dalekiej przyszłości?

* Likwidacja ZUS, częściowa lub całkowita prywatyzacja służby zdrowia – spoko, fajnie, ale jeden Korwin-Mikke tego nie przeforsuje. Potrzebuje wsparcia partyjnych kolesi z Sejmu albo koalicjantów o których – przy wybuchowym charakterze „Krula” – byłoby trudno.

* Zakaz interwencji państwa w gospodarkę, deficyt budżetowy ma być zakazany – no pewnie, da się, ale nie w trzy minuty czy przez jedną kadencję. I, co najważniejsze, nie bez poparcia Sejmu.

* Prawo do posiadania broni ma być powszechne, a kara śmierci przywrócona – i znowu: da się, ale nie w pojedynkę. Takie pozornie proste zmiany wymagają ogromnej pracy. Ot, kara śmierci dla przykładu – jej projekt musiałby być przegłosowany przez Sejm, a Polska zmuszona by była do wypowiedzenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Serio tego chcemy? Jakim kosztem? To, że Korwin-Mikke chce kary śmierci wcale mnie nie dziwi. Każdy, kto byłby na jego miejscu i kto walczyłby wcześniej o powszechne prawo do posiadania broni bałby się o własne życie i chciałby mieć bata na wściekłych obywateli tonącego kraju, którzy własnymi rękami (i pistoletami) mieliby ochotę wykonać wyrok na jąkającym się ideologu.

I jeszcze jedno – Korwin-Mikke ma pomysł na politykę zagraniczną. Europoseł, który UE uważa za „nowego okupanta Polski” twierdzi, że na arenie międzynarodowej należy być neutralnym. I, żeby nie było, takie międzynarodowe reprezentowanie RP jak najbardziej należy do kompetencji Prezydenta. Ale czy ktokolwiek, tak serio serio, wyobraża sobie Korwin-Mikkego w roli przyjaznego, ładnie mówiącego (np. po angielsku), sympatycznego strażnika pałacowego żyrandola? Albo uśmiechniętego Korwin-Mikkego nadającego ordery niepełnosprawnym olimpijczykom? Lub ułożonego „Krula”, który oparłby się pokusie i nie powiedział do Obamy per „czarnuchu”?

Czy ktokolwiek, na poważnie, chciałby mieć „takiego” prezydenta? I czy Korwin-Mikke tak właściwie chciałby piastować urząd, którego waga ograniczałaby jego wolność? A dokładniej – wolność, którą cieszy się teraz, jako swój własny członek, idol nieopierzonych życiowo nastolatków i wyborców ślepo wierzących w to, że likwidacja lub zmniejszenie podatków to lek na całe zło? No właśnie. Czy tylko ja mam wrażenie, że Korwin-Mikke kolejny raz robi wszystko, żeby wyborów nie wygrać? I że całe to kandydowanie jest dla niego jedynie wizytą na placu zabaw otwartym na chwilę dla polityków spoza medialnego „układu”?

Foto: Flickr (lic. CC)

Kategorie: Felietony

About Author