O przyjaźni

O przyjaźni

Mam takie jedno marzenie: chciałabym na starość mieć przyjaciół. Serdecznych i od serca. Takich, z którymi mogłabym spędzać czas przy kawie, ognisku, na pogawędkach. Kiedy czas wyśle mnie na bocznicę życia, chciałabym mieć wokół siebie ludzi do rozmowy, bycia, milczenia. Takie niewielkie, serdeczne grono ludzi mi bliskich, kochanych, najmilszych.

Kiedy patrzę na samotnych starszych ludzi, myślę, że o przyjaciół/serdecznych znajomych trzeba dbać. Prawda oczywista, choć trudna do spełnienia, przy dzisiejszym trybie życia. Mieszkamy wszyscy na globalnej wsi. Porozjeżdżaliśmy się po całym świecie i utrzymywanie kontaktów nie jest proste, a jednocześnie – dzięki mediom – takie proste. Pewnie największym problemem jest czas.

Spotykamy się w sumie nie za często. Z niektórymi raz na miesiąc, dwa. Z innymi raz na rok, albo kilka lat, jeśli los pognał ich w świat. Jak pomyśleć, znajomych rozsypało mi po kilku kontynentach. Są też i tacy, którzy mieszkają blisko. Jednak i tak widujemy się stosunkowo rzadko. Zaganiani jesteśmy, zajęci rodzinami, dziećmi, własnymi sprawami. Z niektórymi kontakty się rozluźniły ze względu na tryb życia. Single się wykruszyli, kiedy u nas pojawiły się dzieci. Jednak, jeśli to przeczekać, bez żalu i oni w końcu zakładają rodziny i wracają. Znowu mamy wspólne tematy.

Jeśli w ludziach dusze nadają na podobnych częstotliwościach, jest szczerość, sympatia i dobre myślenie, to w końcu zawsze się odnajdziemy. Nawet po kilku latach bez kontaktu. Zadziwia mnie fakt, że można wówczas ze sobą rozmawiać jakbyśmy widzieli się wczoraj.

Raz lub dwa razy w roku, latem, robimy z mężkiem ognisko, na które zapraszamy ludzi nam bliskich. Wszyscy mieszkają w mieście, dlatego chętnie przyjeżdżają pobyć blisko z nami i przyrodą. Jestem wtedy taka szczęśliwa! Cieszę się, ze mam wszystkich przy sobie. Ładuję akumulatorki, rozmawiam o po kątach z każdym z osobna. Wspólnie pieczemy kiełbaski, jemy ziemniaczki z kociołka. Wiadomo. Najlepiej łączy wspólne jedzenie. Zauważyliście, że każda impreza, prędzej, czy później kończy się w kuchni przy korytku? Są tacy znajomi, których nazywamy z mężem “przyjaciółmi domu”. Z nimi kontakt musi być przynajmniej raz w miesiącu. Kiedy nie widzę ich za długo, zaczynam się robić niespokojna. I – zadziwiające, chyba przyciągam ich myślami, bo dzwonią. Idziemy na kawę, piwo, do kina lub na włóczęgę do jakiegoś fajnego miejsca. Energia tych spotkań daje tyle radości.

Wiecie co jeszcze lubię? Patrzeć jak oni starzeją się ze mną. Ze śmiechem komentujemy nasze zmarszczki, łysiny i dodatkowe kilogramy. Patrzymy, jak rosną nasze dzieci. Mamy ze sobą wiele wspólnego; radości, kłopoty, zmartwienia, rozmowy, niejeden kieliszek wódki, butelkę piwa, kawę. Niejedną noc przespaną w pociągu, poranek nad rzeką, spanie na podłodze. I to nas łączy. CHCĘ, żeby tak zostało.

Dlatego mam takie marzenie: chciałabym na starość mieć przyjaciół. Serdecznych i od serca. Takich, z którymi mogłabym spędzać czas przy kawie, ognisku, na pogawędkach. Kiedy czas wyśle mnie na bocznicę życia, chciałabym mieć wokół siebie ludzi do rozmowy, bycia, milczenia. Takie niewielkie, serdeczne grono ludzi mi bliskich, kochanych, najmilszych. Jeśli się o to postaram, jest to możliwe.

 

Do napisania.

Foto: Flickr (lic. CC)

 

About Author

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*