Pluckley w Kent. Najbardziej nawiedzona wieś w Wielkiej Brytanii

Pluckley w Kent. Najbardziej nawiedzona wieś w Wielkiej Brytanii

Niewiele ponad 1000 mieszkańców zajmujących kilkaset standardowych domów, jeden zabytkowy kościół, jedna szkoła podstawowa, kilka sklepów… W skrócie: wieś, jakich w Wielkiej Brytanii wiele. Jest jednak coś, co odróżnia ją od innych, wyspiarskich osad. To: dwóch wisielców, trzy umarłe damy, jeden nieżywy rozbójnik i cała reszta duchów, które regularnie lub incydentalnie pojawiają się w Pluckley.

Pluckley to maleńka, położona zaledwie 12 mil od Maidstone wieś. Niepozorna osada została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa jako najbardziej nawiedzona w Wielkiej Brytanii. Okazuje się bowiem, że w Pluckley swój nie-żywot pędzi aż tuzin duchów. Co ważne, mowa tu o stałych, upiornych rezydentach wsi, których przerażające istnienie potwierdzają zeznania licznych świadków. Do dwunastki permanentnych gwiazd lokalnych zaświatów należy dodać jeszcze co najmniej cztery zjawy tymczasowe, okresowo tylko pojawiające się w Pluckley.

Zakręt Strachu, nawiedzony most, Krzyczący Las i inne atrakcje

Wstępem do wizyty w nawiedzonej wsi jest spacer po Krzyczącym Lesie (właściwie Dering Woods), w którym można usłyszeć rozpaczliwe wrzaski zagubionych przed wiekami wędrowców lub spotkać najsłynniejszego ducha Pluckley, czyli Highwaymana (z ang. rozbójnik, przemierzający konno kraj i napadający na podróżnych).

Highwayman, a właściwie – jeśli wierzyć legendom – Robert du Bois dotarł do hrabstwa Kent w XVIII wieku. Na swoje nieszczęście, spotkał tu liczną konkurencję w postaci lokalnych bandytów, którzy postanowili szybko, choć niekoniecznie bezboleśnie, pozbyć się przybysza bezczelnie rabującego na ich terenie. W tym celu zaczaili się na Highwaymana w miejscu znanym jako Fright Corner (pol. Zakręt Strachu), a gdy ten się pojawił – przyparli go do rozłożystego dębu i przebili mieczem. Inna wersja przypowieści o nieszczęsnym złoczyńcy głosi, że wyrok na Highwaymanie wykonali stróżowie prawa. Niezależnie od tego, która odsłona legendy jest prawdziwa (czy raczej – bliższa prawdy), liczni świadkowie zarzekają się, że Highwayman regularnie objawia się w okolicach Zakrętu Strachu lub przechadza po ścieżkach Krzyczącego Lasu. Co (nie)szczęśliwsi łowcy nawiedzonych atrakcji zapewniają nawet, że w sprzyjających okolicznościach przyrody (mrok, mgła, pohukiwanie sowy, Halloween…) przy Fright Corner można zobaczyć kulminacyjną scenę z życia Highwaymana, a więc moment, w którym rozbójnik jest przebijany mieczem.

Kolejną sławą w panteonie lokalnych gwiazd zaświatów jest zjawa cyganki palącej fajkę. Postać ta – tak jak duch Highwaymana – została spopularyzowana przez Fredericka Sandersa, który w wydanych w 1955 roku reminiscencjach (publikacja nosi wdzięczny tytuł „Pluckley Was My Playground”) napomknął o upiorach zamieszkujących wieś. Według legendy, cyganka miała parać się sprzedażą rzeżuchy. Pozyskane w ten sposób środki puszczała z dymem i przepijała. Często widziano ją błąkającą się po wsi z butelką w jednej i z żarzącą się fajką w drugiej dłoni. Któregoś razu – na swoje nieszczęście – przeholowała z trunkami. Kompletnie pijana zawędrowała na Pinnock Bridge i (najprawdopodobniej) straciła przytomność, a iskra z fajki spadła na jej ubranie. Kobieta w ostatniej chwili ocknęła się i, próbując ugasić ogień trawiący jej doczesność, wskoczyła do lodowatego strumyka. Nad ranem znaleziono jej spopielone zwłoki. Na wodzie natomiast odkryto resztki rzeżuchy. Według mieszkańców wsi, do dzisiaj, w okolicach Pinnock Bridge, można spotkać ducha nieszczęsnej handlarki. Niektórzy słyszą jej przeraźliwe wrzaski, inni – zapewniają, że przy moście można wyczuć charakterystyczny zapach palonej fajki.

pluckley-kosciol-sw-mikolaja-duchy-kent-nawiedzona-wielka-brytania

Lokalne damy

Trudno ustalić, kiedy żyła (i zmarła!) cyganka z fajką – wersji historii o handlującej rzeżuchą nieszczęśnicy jest zbyt wiele. Inaczej jest z duchem Lady Dering, który od (mniej więcej) 1100 roku nawiedza podziemia kościoła świętego Mikołaja w Pluckley. Kobieta była żoną miejscowego możnowładcy. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zmarła. Według legendy – Lady Dering została pochowana w aż siedmiu ołowianych trumnach, a jej kryptę ozdobiono czerwonymi różami (stad przydomek zjawy, znanej jako Czerwona Dama). Kwiaty – normalka, ale skąd pomysł pogrzebania kobiety w aż siedmiu trumnach? Zapewne chodziło o to, aby jak najbardziej opóźnić rozkład ciała nieboszczki. Hipoteza ta – choć wielce prawdopodobna – jest jednak zbyt prozaiczna, a jej propagowanie można uznać za celową próbę rozwodnienia kolorytu najbardziej nawiedzonej wsi w UK. Znacznie ciekawsze jest ludyczne wytłumaczenie wykorzystania aż siedmiu trumien.

Okazuje się, że Lady Dering nieszczęśliwie poroniła. Aby ulżyć jej cierpieniom, miejsce pochówku dziecka trzymano w tajemnicy. Zrozpaczona matka nie mogła pogodzić się ze śmiercią potomka i nocami wyruszała na poszukiwania grobu. Gdy umarła, na mieszkańców wioski padł blady strach. Obawiano się, że duch Lady Dering będzie błąkał się po lokalnym, przykościelnym cmentarzu. Na wszelki wypadek ciało kobiety pogrzebano w podziemiach, a do pochówku wykorzystano siedem trumien. Oczywiście gruby ołów nie powstrzymał ducha zrozpaczonej matki, który do dzisiaj tuła się po okolicy.

Na osłodę warto dodać, że Czerwona Dama nie jest w swojej wiecznej tułaczce osamotniona. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że w codziennym patrolowaniu okolicy towarzyszy jej (nomen omen) bratnia dusza. Mowa o lokalnej Białej Damie, która za życia była (najprawdopodobniej) siostrą lub kuzynką Lady Dering i która także nawiedza kościół świętego Mikołaja. Białą Damę – dla odmiany – pochowano w „jedynie” trzech ołowianych trumnach. Czego się bano? Nie wiadomo. Można jednak założyć, że świadomość bliskiej obecności nieszczęsnych duchów przez wieki odciskała na mieszkańcach wsi mordercze piętno. Nic więc dziwnego, że różnymi środkami próbowano ograniczyć prawdopodobieństwo pojawienia się kolejnej zjawy w okolicy. Z miernym skutkiem.

pluckley-biala-dama

Wisielczy nastrój

Dramatyczne wrzaski duchów błądzących po zamglonych ścieżkach Krzyczącego Lasu, powtarzające się cyklicznie widmo egzekucji Highwaymana, spacerujące po wiosce upiorne Damy… Cóż, w takich okolicznościach przyrody trudno prowadzić spokojny i beztroski żywot. Być może to dlatego dawni mieszkańcy Pluckley nader często i nader skutecznie podejmowali próby jak najszybszego opuszczenia nie tyle co nawiedzonej okolicy, ale – ogólnie – ziemskiego łez padołu. W swojej desperacji nie przewidywali tylko jednego: zgodnie z ogólnie poważanymi zasadami współ- i pożycia, dusza samobójcy nie powinna liczyć na ekspresowe zbawienie i automatyczny transfer do przyjaznych zaświatów. Wręcz przeciwnie! Zamiast tego – musi mieć świadomość, że za swoje grzechy przyjdzie jej odpokutować. Na przykład wieczną tułaczką po Pluckley.

Taki los spotkał mężczyznę, który powiesił się w pobliskim lesie. W związku z tym, że samobójstwo popełnił w pełnym stroju wojskowym – nazywany jest „Pułkownikiem z Park Wood”. Duch nieszczęśnika do dzisiaj błąka się po Pluckley. Zjawa jest niegroźna i bardzo wyraźna, przez co osoby, które spotykają na swojej drodze umundurowanego, tajemniczego jegomościa często nie mogą uwierzyć w to, że właśnie przyszło im stanąć twarzą w twarz z najprawdziwszym duchem.

pluckley-mlyn-duchyW podobny sposób co „Pułkownik” swój żywot postanowił zakończyć Henry Turff, dyrektor szkoły w Smarden, który do Pluckley przyjeżdżał w każdy weekend, aby spotkać się tu z Richardem „Dicky’em” Bussem, swoim serdecznym przyjacielem i cenionym młynarzem. Kiedy którejś niedzieli Turff nie dotarł do wsi – wszczęto poszukiwania, Dopiero następnego dnia znaleziono ciało dyrektora, który postanowił powiesić się na drzewie rosnącym tuż przy drodze prowadzącej do młyna. Jak na samobójcę przystało, zjawa Turffa wciąż błąka się po Pluckley.

Co ciekawe, we wsi można spotkać także ducha przyjaciela nieszczęsnego dyrektora. Nie wiadomo, w jakich dokładnie okolicznościach zginął Richard „Dicky” Buss. Według zeznań, jego czarne widmo pomieszkuje w miejscu, w którym niegdyś stał młyn, a świadkom objawia się zwykle wtedy, gdy zanosi się na burzę.

Meteopatycznych zdolności nie posiada duch Lady zamieszkujący Rose Court. Ale to nic, bo historia życia kolejnej reprezentantki klanu Deringów naszpikowana jest o wiele pikantniejszymi smaczkami, przy których umiejętność przepowiadania burzy to podręcznikowe byle co. Otóż szanowna pani prowadziła żywot niezwykle uczuciowy, czego przykładem było choćby jej zaangażowanie w miłosny trójkąt. Oprócz Lady of Rose Court w pikantny romans wplątany był też lokalny mnich.

Czy to przez wyrzuty sumienia związane z rozwiązłością, czy z innych powodów – kobieta zażyła truciznę. Po śmierci jej duch wciąż nawiedza Rose Court. Najlepiej „polować” na niego między 16:00 a 17:00 (w tych godzinach Lady zwykła jest nawoływać swoje psy). A że nieszczęścia lubią chodzić parami, zjawa dawnego kochanka samobójczyni – mnicha z Greystones – także błąka się po Pluckley.

Takie straszne, że aż fajne

We wsi spotkać można też ducha mężczyzny, który nieszczęśliwie zginął podczas pracy w cegielni. Oficjalną stawkę – czyli nawiedzoną dwunastkę – zamyka widmo złowieszczego, konnego powozu, który przejeżdża od czasu do czasu (ale zawsze o północy) uliczkami Pluckley – maleńkiej wsi, której współcześni mieszkańcy nie dość, że pokonali strachy przeszłości, to jeszcze zaprzęgli je do katorżniczej, ale i przynoszącej wysokie profity pracy. Zamiast bać się upiorów – zrobili z nich wabik na spragnionych wrażeń turystów.

Dzięki staraniom „lokalsów” i – nie oszukujmy się – trudom speców od marketingu to senne, niczym niewyróżniające się, położone zaledwie 12 mil od Maidstone sioło uznawane jest dziś za najbardziej nawiedzony adres w Wielkiej Brytanii. Efekt? Turyści walą drzwiami i oknami, co chwilę zjawiają się kolejne ekipy telewizyjne i uzbrojeni w cyfrowe wersje miotaczy protonów pomazańcy filmowych Ghostbustersów. Szczególną popularnością Pluckley cieszy się w Halloween. W najstraszniejszą noc w roku ruch jest tu tak duży, że do wioski oddelegowywane są dodatkowe patrole policji. Trudno powiedzieć, czy mundurowi mają ratować przerażonych spotkaniem z umarlakami wizytatorów, czy raczej ochraniać przed naporem fanów mieszkające we wsi zjawy. Pewne jest tylko to, że każdy, kto marzy o spotkaniu ducha – powinien jak najszybciej do Pluckley przyjechać. Sorry Szkocjo, pardon Walio! Pogódźcie się z tym, że najbardziej nawiedzony adres w UK mieści się właśnie w Kent.

Foto: Wiki (lic.PD), PixaBay (lic. CC0), Flickr (lic. CC)

.

About Author

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*