Samotność w związku. Kiedy kobieta pragnie bardziej

Samotność w związku. Kiedy kobieta pragnie bardziej

70% par uprawia seks 3-4 razy w tygodniu. Statystycznie. Bo tak naprawdę, to lubimy się przechwalać, a w sondażach dotyczących pożycia kłamiemy jak z nut. Po równo – mężczyźni i kobiety. Panowie zawyżają wyniki na siłę, bo lubią nie tylko rywalizować, ale i wygrywać. Panie… bo wstyd przyznać, że to nie one w związku cierpią na permanentny ból głowy.

Na fali popularności filmu o pewnym „Szaraczku” – w mediach rozgorzała dyskusja o BDSM. Wyzwolone dziennikarki (bo przecież „Grey” to stricte kobiece filmidło) albo pieją z zachwytu nad produkcją, albo nazywają ją porno nawet nie dla mamusiek, ale (co najwyżej) dla uczennic szkoły przyklasztornej. Pal licho, czy ekranizacja prozy E.L. James jest zjadliwa. Olać to, czy samą książkę da się czytać. W tym całym szumie najmocniej uderza próba łamania stereotypów, forsowania istniejących od lat barier, walki z purytanizmem. Sęk w tym, że o ile wojna wytoczona konwenansom jest sama w sobie słuszna, to wykorzystywaną w niej broń wykierowano chyba w niewłaściwą stronę.

Film „50 twarzy Greya” stał się wymówką do zainicjowania niemalże publicznej debaty o tym, co robimy pod kołdrami. Wystarczy zajrzeć na pierwszy z brzegu portal czy otworzyć codzienną gazetę – wszędzie statystyki, felietony, pieprzne opowiadania, wywiady czy – o zgrozo! – porady. Media nakłaniają kobiety do bycia bardziej wyzwolonymi, do czerpania większej przyjemności z seksu, do mówienia otwarcie o swoich potrzebach. do eksperymentowania. Spoko, tylko z kim? Singielki – aby być na czasie i zdusić frustrację w zarodku – mogą poszukać sobie „friendsa z benefitami”. A co z kobietami żyjącymi w stałych związkach? Co z tymi, których partnerzy tylko kłapią na lewo i prawo o tym, jak wielkie mają libido, a kiedy przychodzi co do czego – cierpią na migrenę?

902028093_9a5b518310_z

Kobieca frustracja

Powoływanie się na wyniki badań dotyczących tego, jak często to robimy nie ma większego sensu. Jeśli chodzi o sprawy łóżkowe – kłamiemy w żywe oczy. Prawda wychodzi na jaw dopiero wtedy, kiedy – przy okazji spotkania z przyjaciółkami i po wypiciu co najmniej 3 drinków – jedna młoda mama zaczyna pochlipywać i zwierza się zapracowanej, świeżo upieczonej małżonce, że seks uprawia nie 3-4 razy w tygodniu, ale raz na siedem miesięcy. I że chciałaby częściej, ale nie ma z kim. Koleżanki poklepują zasmarkaną, seksualną eremitkę, pocieszają ciepłym słowem i… kalkulują, przeliczają, analizują. Okazuje się, że nie jest tak najgorzej, że jest ktoś, kto kocha się ze swoim partnerem jeszcze rzadziej. Że, w takim razie, częstotliwość ich stosunków (raz na miesiąc, raz na kwartał, raz na pół roku) można uznać za normę. Uff!

Tyle tylko, że norma w tej materii nie istnieje. Istnieje natomiast niedopasowanie pod kątem temperamentów seksualnych i wynikająca z niego frustracja. A dokładniej: frustracja, na którą cierpią właśnie kobiety, partnerki oziębłych chłopaków, narzeczonych, mężów.

Powodów dla których częstotliwość zbliżeń spada jest w przypadku par wiele. Wśród najczęściej wymienianych dominują zmęczenie, stres i strach przed tym, że nakryją nas dzieci. Niedopasowanie albo w ogóle nie pojawia się w sondażach, albo ląduje na samym końcu listy. Dlaczego? Bo kobiety i mężczyźni – po równo – wstydzą się przyznać, że to ona (nie on) jest częściej w związku wulkanem seksu, że to ona częściej ma ochotę, częściej inicjuje lub stara się inicjować zbliżenie.

Panie w związkach mają łatwiej: z wiekiem ich libido tylko rośnie, nie dość, że nie grożą im problemy z erekcją, to jeszcze (jakby co) mogą udawać. Problem w tym, że udają częściej, niż mogłoby się to wydawać, przez co – chcą ciągle od nowa, pragną kolejnego stosunku, chcą znowu spróbować. Wychodzą na jaw różnice temperamentu, pojawia się frustracja wynikająca z braku zaspokojenia i z tego, że on potrafi tylko dużo mówić, że publicznie opływa „maczyzmem”, a w domu zamienia się w seksualną trusię. A kiedy jakimś cudem dochodzi do zbliżenia – tylko on czerpie z niego satysfakcję. Cóż, kobiety w związkach (jeśli chodzi o sprawy łóżkowe) wcale nie mają tak fajnie.

Szczęśliwi sypiają nago, a nieszczęśliwe – przestają golić nogi

Ile można próbować? Jak długo wycierać łzy w poduszkę? Kiedy należy przestać żyć złudzeniami i pogodzić się z losem seksualnej pustelnicy? Do niedawna kobiety jakoś sobie z tym radziły. Mniej lub bardziej płynnie przechodziły przez pięć faz seksualnego umierania.

Za pierwszą, drugą, trzecią odmową było zaprzeczenie – nie dopuszczałyśmy do siebie myśli, że nasz związek zaczyna przypominać białe małżeństwo, że on, niegdysiejszy demon seksu zamienił się w bożka czystości. Miałyśmy nadzieję, że to tylko przejściowe kłopoty, że jest przepracowany, że stres, przymykałyśmy oko na to, że wymówki z dnia na dzień stają się coraz bardziej niedorzeczne i ewoluują z „przepraszam, padam na twarz” do „wybacz, nie chce mi się iść pod prysznic”. I że te wymówki zastąpiły „dobranoc”. Potem, po miesiącu, dwóch, przyszedł gniew – hormony zaczęły dochodzić do głosu, pojawiła się frustracja, poczucie własnej wartości padło na pysk i starło kolana do krwi. Minął kwartał i gniew zamienił się w chęć podjęcia negocjacji – zaczęłyśmy zadawać pytania, zastanawiać się, kusić spełnieniem jego fantazji, byleby tylko coś zaskoczyło. Może schudnąć? Zrobić biust? Może przefarbować włosy? Może wtedy mnie zechce? To nie działało, bo to nie były negocjacje, tylko rozmowa z bogiem – nieosiągalnym, skupionym tylko na własnych potrzebach lub ich braku. Nic więc dziwnego, że poczucie niemocy przerodziło się w depresję, a ta – z czasem – w smutną akceptację. Po kilku miesiącach braku seksu lub kilku wymuszonych stosunkach, które i tak nie przyniosły nam satysfakcji – poddałyśmy się. Łóżko podzieliłyśmy na dwie części, codzienne golenie nóg przestało być estetyczną normą, bo po co się męczyć? Dla kogo? Dla siebie? To, czy wieczorna masturbacja będzie dla nas satysfakcjonująca nie zależy przecież od tego, czy się dokładnie wydepilowałyśmy! Jest ok. Nie śpimy już nago, chociaż – podobno – tak robi większość szczęśliwych par. Ale i to ma swoje plusy – jest cieplej. I nie musimy kolejny raz boleśnie przekonywać się o tym, że on – na widok naszego ciała – i tak nie zaskoczy. Wszystko gra. Tylko ten pieprzony Grey i medialne wywody specjalistek od wszystkiego, że niby powinnyśmy się bardziej otwierać, eksperymentować, mówić o swoich potrzebach i czerpać przyjemność z seksu. Tylko z kim? Z kim do jasnej cholery?

2083572915_1c0b4afbf0_z

4 minuty

Orgazm kobiet rodzi się najczęściej w łechtaczce. Aby ją pobudzić – trzeba nieźle celować. Nie w każdej pozycji dochodzi do stymulacji. A dokładniej – dochodzi do niej w dwóch, może w trzech konfiguracjach. I to tylko przy dobrych wiatrach, przy odpowiednim ułożeniu. Szczęśliwe te, które miewają orgazmy pochwowe i błogosławieni ci, którym udało się znaleźć mityczny punkt G. Niestety, takich pań jest stosunkowo niewiele, około 30%. Cała reszta musi liczyć na celność partnera, przypadkowe potarcia lub wziąć sprawy w swoje ręce.

Od rozpoczęcia do szczęśliwego finału trwa to – w przypadku kobiet – średnio 4 minuty. U facetów mniej więcej tyle samo. Masturbacja jest szybka, łatwa i przyjemna. No i nie przeszkadza brak partnera. Problemem jest brak bliskości. Ale kiedy narasta frustracja, kiedy spada poczucie własnej wartości, kiedy on znowu ma migrenę – to najlepszy sposób na rozładowanie napięcia i chwilowe poprawienie sobie humoru.

Drugim, równie sprawdzonym patentem jest oddanie bardziej wymagającej partnerce „przysługi”. Mężczyźni nie mają problemu z tym, że to kobiety zaspokajają ich pragnienia, nie czerpiąc z tego żadnej lub znikomą przyjemność. Niestety, rzadko kiedy się odwdzięczają. Tak jakby nie rozumieli, że to, że oni nie mają ochoty nie oznacza z automatu, że nie można – zupełnie bezwarunkowo, z miłości – zrobić coś fajnego dla drugiej osoby. Tak jakby te cztery minuty – bo czas osiągnięcia przez kobietę orgazmu podczas stosunku oralnego jest porównywalny z czasem potrzebnym do osiągnięcia satysfakcji podczas masturbacji – były wiecznością, barierą nie do przebicia.

I chyba tak jest, bo mężczyźni rzadko decydują się taką „barierę” pokonać. Ale nie przeszkadza im to w byciu sobą. I w kłapaniu na lewo i prawo o tym, co potrafią w sypialni. I w zawyżaniu wyników sondaży. I w opowiadaniu dowcipów o warczących babach cierpiących na migreny. I śmianiu się z Greya, chociaż sami są w „tych kwestiach” przeciętniakami, Panami Szaraczkami. Faceci bywają tak bardzo męscy, tak mocno przyziemni, tak strasznie na pokaz. A w międzyczasie libido ich partnerek już dawno opuściło atmosferę, oddala się od orbity statystyk i pędzi na spotkanie z galaktyką seksualnych frustracji.

Bo kobiety nie potrzebują porno dla mamusiek, żeby się otwierać, eksperymentować. One i tak pragną bardziej. Tyle tylko, że w zdominowanym przez mężczyzn świecie wciąż mówimy o tym zbyt cicho. Bo gdybyśmy mówiły głośno – wyszłoby na jaw, że to nie kobiety, a faceci chorują na permanentny ból głowy. A to przecież wstyd, kiedy mężczyzna nie daje rady w łóżku. Wstyd dla niego, początek samotności w związku dla niej.

Foto: Flickr (lic. CC)

Kategorie: Felietony

Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/topmejt/domains/topmejt.co.uk/public_html/wp-content/themes/novomag-theme/includes/single/post-tags.php on line 4

About Author