Święta. Jak przeżyć i nie zwariować

Święta. Jak przeżyć i nie zwariować

Emigracja? Nie jest łatwo, szczególnie w Święta. Zatem krzątanina i świąteczny obłęd dają nam namiastkę domu, w którym mama piekła i gotowała cały tydzień, a tata zdobywał idealną choinkę.

Droga O.!

Co tam słychać w wielkim świecie? Piszę z nadmorskiego, wcale nie ośnieżonego, jakby czas na to wskazywał, polskiego grajdołu, w którym ewidentnie osioł z wołem i dodatkowo baranem postanowili wyjść ze stajenki, a jednak nadal próbują się dorwać do żłobu. O White Christmas trzeba będzie chyba tylko pomarzyć. Ale ja nie o tym.

Muszę powiedzieć, że Twój ostatni felieton (KLIK!) o tym, czy świętować, czy też nie, głęboko mnie poruszył. Tyle w nim było zmęczenia, udręczenia prozą dnia codziennego, doprawioną hałdami pośpiechu i stresu, który odkłada się w człowieku jak zimowe sadło. I ta broszurowo-magazynowa presja wypucowanego domu, 12 tradycyjnych potraw przygotowywanych według staropolskich receptur, artystycznie przyozdobionej choinki, że nie wspomnę o zawartości tych paczek i pudeł, które mają pod tym drzewkiem wylądować, a także oczekiwania Francji-elegancji również na facjacie.

TWELVE PAINS OF CHRISTMAS

Przebywając w UK od dobrych kilku lat, znasz zapewne piosenkę „Twelve Days of Christmas”. Ja dobrych kilka lat temu trafiłam na przezabawną parodię zatytułowaną „Twelve Pains of Christmas”. I choć odniesienia były bardzo anglosaskie, śmiałam się do rozpuku. Postanowiłam ją nawet wykorzystać w mojej pracy dydaktycznej i z dzieciakami na lekcji sami stworzyliśmy taką listę rzeczy, które nas w Świętach Bożego Narodzenia wkurzają. Dzieciaki, a zwłaszcza nastolatki, mają w sobie ten bezkompromisowy krytycyzm, który obnaża nasze dorosłe fobie i presje. Pamiętam, że ja też, jako nastolatka, nie lubiłam okresu świątecznego, gdyż kojarzył mi się z przymusem, stresem, zabieganiem i ogólnie wysoko postawioną poprzeczką, żeby było super hiper, a kończyło się jak zwykle, czyli jakoś tak szybko, w zmęczeniu i z kłótnią w tle, tak tradycyjną, jak sianko pod obrusem i Pasterka o północy. Droga donikąd, a raczej do zniechęcenia i guli w gardle na samą myśl o tym pięknie świątecznym na chwilę.

UMYJ OKNA DLA JEZUSA

Znasz tego mema? Jeśli nie, to może spowoduje uśmiech na Twojej twarzy. Pamiętam, że tak gdzieś dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem mama zaczynała biegać po domu ze ścierą i jakimś obłędem w oczach. Ta mityczna ściera, mop lub odkurzacz, albo wręcz wszystkie te trzy pomioty, miały dojść do najciemniejszych zakamarków i wyplenić wszelki brud i zgorszenie. Obowiązkowe było także pucowanie okien, które i tak dzień później zostały zarzygane grudniową śnieżycą, prężyły oskarżycielsko szyby, a także przekładanie we wszystkich szafach. Koszmar przedświątecznych porządków szczerzył zęby w szyderczym uśmiechu co roku. Postanowiłam zerwać z tą przykrą tradycją. Po pierwsze, jeśli już naprawdę odczuwam wewnętrzny imperatyw przekładania w szafach lub piwnicy, rozkładam sobie zadania na dłuższy czas. Przez miesiąc nie jestem w stanie przecież spowodować aż tak wielkiego spustoszenia. Po drugie, co poniekąd jest związane z tym pierwszym, trzeba sobie zrobić listę rzeczy ważnych i ważniejszych, co w praktyce wygląda tak, że obiekty, które mogą się wybrudzić w trakcie wykonywania takich czynności jak na przykład gotowanie pozostawia się na koniec, aby nie popsuły efektu pucowania tych kątów i zakamarków. Po trzecie, jestem zdania, że to mycie okien akurat przed Świętami Bożego Narodzenia naprawdę można zostawić na inną okazję. No chyba, że wasze okno wygląda jak szara fototapeta. Wówczas, zgodnie z sumieniem, można rozważyć krucjatę o odzyskanie choć części pola widzenia.

MASTERCHEF CHRISTMAS LEVEL

Świąteczne smaki są jak dziecięce objawienia. Towarzyszą nam od dzieciństwa, a kulinarne tradycje urastają do rangi symbolu. No bo jak to? Wigilia bez pierogów z kapustą i grzybami tak sprawnie lepionych przez babcię Jadzię, która samymi tymi pierogami mogłaby na kolacji wigilijnej wykarmić pułk wojska? Albo bez drożdżowej strucli z makiem vel makowca babci Waci, którego najpierw się wyrabiało, potem odczekiwało aż ciasto wyrośnie, w międzyczasie trzykrotnie mieliło i parzyło mak, gotowało się go z miodem i z bakaliami, których obróbka również wymagała cierpliwości. I można by tak jeszcze wymieniać. Co dom, to obyczaj. Co rodzina, to inny smaczek. Ale o ten czas i cierpliwość się właśnie rozchodzi. Bo my przecież, droga O., te Święta tak z doskoku i na wydechu przygotowujemy. I wpadamy we frustrację, że nie dość, że chałupa nie ogarnięta, to jeszcze tyle czasu czeka nas przy tych garach, w oparach, przy blacie, z tłuczkiem, nożem i innymi kuchennymi narzędziami. Jeśli nam to odpowiada, bo spełniamy się jako szefowe swojej własnej kuchni, to fantastycznie. Nikt nie powinien stawać na naszej drodze do upieczenia makowca życia lub powalającej smakiem zupy grzybowej. Domownicy powinni nam być wdzięczni za ten zafundowany ich kubkom smakowym orgazm. Ale jeśli z gotowaniem nam nie po drodze, to po co się zadręczać dla idei? Można przecież poprzestać na wybornej sałatce ze śledzia, domowych pierniczkach, a w resztę garmażu zaopatrzyć się w jakiejś sprawdzonej jadłodajni. Zawsze można te kupne potrawy jakoś sknocić przy odgrzewaniu i bez obaw jak swoje własne zaserwować całym dniem postu zgłodniałej rodzinie. Ot, taki niewielki świąteczny przekręt, a ile radości.

ŚWIĘTYM M. MIĘDZY OCZY

Tak, tak, uwierz mi, że doskonale rozumiem Twoją niechęć do sztucznie nakręcanego konsumpcjonizmu, który jest nadzwyczaj męczący dla takich trochę uduchowionych duszyczek jak nasze. Świąteczne gadżety, czekoladki i opakowania w takt „Last Christams” i „All I want for Christmas” wyskakujące nagle z każdej ulotki reklamowej, wystaw sklepowych, dżingli radiowych oraz reklam telewizyjnych są w swej nachalnej intensywności i denerwujące – no bo przecież ludzie nie są debilami, żeby im wciskać każdy szajs opakowany w bożonarodzeniowy papierek, i przerażające zarazem. Ale wiesz co? O ile w młodszym wieku moja psychika katowała się szczerze i zacięcie nienawidząc okresu przedświątecznego, o tyle teraz sprawę olewam. Omijam łukiem centra handlowe, prezenty kupuję głównie w Internecie i zgodnie z listą, którą wcześniej sobie robię. Spokojniej, często taniej, bez gwaru i harmidru. I można sobie nawet zanucić pod nosem to „I’m Dreaming of a White Christmas” popijając ciepłą herbatkę lub aromatyczną kawę.

Z RODZINĄ NAJLEPIEJ WYCHODZI SIĘ NA ZDJĘCIU

I to najlepiej z boku, żeby można było łatwiej urwać. Tak, spotkania rodzinne przy wigilijnym stole mogą być naprawdę frustrujące. Zawsze znajdzie się jakaś wścibska ciotka, nachalny wujek, (pamiętacie może wujka Bridget Jones, który co roku szczypał ją w tyłek i pytał, jak tam jej życie miłosne? ), perfekcyjna teściowa, zaciekły w politykowaniu dziadek albo wiecznie niezadowolona z życia babcia. No i cóż zrobić? W końcu jesteśmy tylko ludźmi. No możemy po prostu przymknąć oko, ćwiczyć cierpliwość i powtarzać w głowie jak zdartą płytę sentencję „duch Świąt, duch Świąt”. To jest taki level hard. Podziwiam ludzi, którym się to udaje. Tym mniej cierpliwym można polecić ćwiczenie cały rok ciętych ripost. I jeśli np. mamy wścibską teściową, która będzie szukała kurzu po naszym domu, możemy ją w następnym roku obdarować miotłą z dopiskiem „żeby się Mamie łatwiej u mnie sprzątało”, a politykującemu wiecznie szwagrowi podarować biografię Piłsudskiego i nie omieszkać zaznaczyć w tejże książce jednego z najbardziej znanych cytatów o tym, że politycy to… no wiecie, panie lekkich obyczajów. Odważnym pozostawiam opcję z olewaniem spotkań świątecznych. Serio, jeśli naprawdę co roku dostajemy białej gorączki na myśl o zjeździe rodzinnym, to lepiej nie podnosić sobie ciśnienia lub po prostu ograniczyć spotkania do ludzi, z którymi czujemy się miło i bezpiecznie.

Ale jeśli przeżyjemy już tę przedświąteczną gorączkę, złożymy życzenia wszystkiego najlepszego przy dzieleniu się opłatkiem, wymienimy prezentami, unikniemy rodzinnej scysji, to zatrzymajmy się. Na tu i teraz. Na tym smaku piernika, ciepłych skarpetkach od babci, takich co trochę łaskoczą w stopy i są idealne na zimowe wieczory, na twarzach naszych bliskich, bo nigdy nie wiadomo, czy w tym samym gronie spotkamy się za rok, dwa lata, dziesięć.

I takich właśnie Świąt Bożego Narodzenia Ci życzę, moja droga O.

A więc ho, ho, ho, Merry Christmas.

Twoja Anka O.

Moja droga A.!

Dziękuje za słowa pociechy i próbę uporządkowania tego świątecznego chaosu. Widzisz, w UK jest trochę inaczej z tymi Świętami, atmosfera no i rodzina, której praktycznie nie ma. Generalnie tu pracuje się więcej i dłużej. Zdarza się tak, że ląduję w domu około 20 i cóż zrobić? Starcza mi jedynie sil na ogarnięcie swojego ogródka, wstawienie prania i ewentualnie (!) ugotowanie czegoś na kolacje. Nie narzekam, bo taka jest kolej losu. Dorastamy i mierzymy się ze wszystkim tym, co wyznacza nam dorosłość: zdobywaniem pieniędzy, rachunkami, gotowaniem, praniem i całą masą innych rzeczy, których nie ogarnialiśmy jako dzieci.

Kolejna różnica między Polska a UK jest taka, że tu tej rodziny się nie ma. Brakuje babci i upierdliwej ciotki, zdani jesteśmy na silę własnych rąk i krótką dobę, która ogranicza nasz kontakt z dzieciakami. Święta są tu cholernie komercyjne, ale to jedyny moment, żeby usiąść i nacieszyć się przyjaciółmi i przyjezdną częścią krewnych bliższych i dalszych.

Czy będę myć okna dla Jezusa? Na szczęście w UK okna nie otwierają się na tyle szeroko, żeby ogarnąć brud z zewnątrz – szalone przepisy BHP – wiec Jezus będzie musiał wykazać się tolerancja! Czy zrobię pierogi? Pewnie tak, bo to jedyny raz w roku, gdy mogę napchać się kapusta z grzybami. Czy będę piekła pierniczki? Będę, bo tak sobie postanowiłam kilka lat temu i teraz jak głupia produkuje po nocach setki ciasteczek pachnących cynamonem, aby je potem rozdać znajomym.

To wszystko trzyma nas, Polaków, przy życiu emigracyjnym. Ten smak i zapach z domu rodzinnego. Otoczeni obca kulturą, próbujemy choć raz w roku wrócić myślami do Polski.

Nie jest łatwo, szczególnie w Święta. Zatem krzątanina i świąteczny obłęd dają nam namiastkę domu, w którym mama piekła i gotowała cały tydzień, a tata zdobywał idealną choinkę.

Absurd, wiem. Ale emigracja jest takim właśnie stanem: absurd łączy się z nasza własną tradycja, która miesza się i z czasem rozwadnia, bo część z nas woli jednak spędzić Święta w angielskich centrach handlowych, co trochę kłóci się z naszą słowiańską duszą.

Ponarzekać muszę, bo taka moja polska natura  Zatem myśl o mnie dobrze przy wigilijnym stole i pamiętaj, że my-emigranci wciąż tęsknimy i kochamy, nawet najbardziej upierdliwych członków rodziny, krajowy chaos świąteczny i brudny śnieg, który co roku zaskakuje naszych wspaniałych drogowców!

Twoja Ola

About Author

Napisz komentarz

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*