To się chyba nazywa: niepokój egzystencjalny?

To się chyba nazywa: niepokój egzystencjalny?

Chyba każdy, kto zastanawia się choć odrobinę nad sobą i swoim życiem miewa wątpliwości. Czy miejsce, w którym się znajduje jest na pewno właściwe, czy osoba, z którą jest, to na pewno ta, czy układy z ludźmi mogłyby być lepsze, czy dokonując takich, a nie innych wyborów życiowych bylibyśmy tu, a nie gdzie indziej? Czas ucieka, a my tylu rzeczy nie zdążyliśmy jeszcze zrobić…

Okrągła suma w dacie urodzenia zbliża się nieubłaganie. Choć bardzo staram się bagatelizować fakt, nie umiem odgonić od siebie poczucia, że przechodzę, niestety, na drugą stronę mocy. Kiedy ten czas tak zleciał? No bo faktycznie, przesypał się, jak piasek przez palce. Nagle – o mój Boże! – niedługo czterdziestka. Dzieci porosły, a ja nie te siły mam, co kiedyś – niby wcale nie tak dawno jeszcze wszystko mogłam. Cholera! Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy wydadzą wszystkie pieniądze, zniosą każde tortury, zrobią przedziwne rpieniądzele by tylko jeszcze na chwilę oszukać czas. Nie zestarzeć się.

Nie zastanawiamy się w pędzie codzienności, że z każdym dniem mamy coraz mniej czasu. Kończymy się. Dobrze, że się nie zastanawiamy. Trudno byłoby na co dzień wytrzymać z taką myślą. Tylko czasem, kiedy świadomie spojrzę w lustro, zobaczę się na zdjęciu, nadejdą (to już?) kolejne urodziny dziecka, przemknie mi myśl, wiecie jaka. Upływający czas najbardziej widzę w rosnących dzieciach. A rosną szybko, jakby mi drożdże z lodówki podjadały. Nie umiem zwalczyć myśli, że one coraz większe, a ja, nie da się ukryć, coraz starsza. Najgorsze, jak ktoś powie do mnie „proszę pani”. Żeby zaraz tak po pysku? Z drugiej strony – a jak się zwracać do kobiety kole czterdziestki?

Czasem dopadnie mnie jakiś taki strach, że czasu mam mało. Nie zdążyłam zrobić jeszcze wielu rzeczy. Chciałoby się niczego z życia nie uronić. Nie przegapić ani jednej chwili. Zobaczyć wszystko, co jest do zobaczenia. Przeżyć wszystko, co jest do przeżycia. Ale się nie da. Lepiej o tym nie myśleć. I – o ile nie martwią zmarszczki, to ciało, które już nie wszystkiemu daje radę tak. Najgorsza jest niemoc fizyczna. Włączam aktywność, żeby trochę rozruszać serce, bolący kręgosłup postawić do pionu, chrupiące stawy ogarnąć. Bogowie nie patrzą już na mnie przychylnym okiem. Liczę na to, że aktywnością fizyczną przepędzę niemożność w kąt. Niech idzie. I tak wróci. Starość mnie dopadnie.

Na moje uwagi o upływającym czasie, małżon zniechęcony macha ręką. Ciekawa jestem, jak sprawę widzi mężczyzna. Oni też czują presję uciekającego czasu. To sprawa poza płcią. Podpytuję, ale rozmówcy do tematu nie mam. Czyli strategia wypierania… No to jak się w tym poruszać? Sytuacja mocno niewygodna.

Byleby nie zestarzeć się mentalnie. Nie oszukam siebie. Nie mam już ochoty „biegać po płotach”, „wspinać się po drzewach”. Na koncertach też wolę być obserwatorem. Chodzi jednak o to, żeby na tych „koncertach” ciągle bywać. Nie tylko dlatego, żeby coś się działo, ale także dlatego, że to miłe, fajne, zaj…ste! Nie wyssam z życia wszystkiego, ale mogę sprawić, żeby było ciekawie. Mogę poczuć, że życie – jego przyjemności, mnie także dotyczą. I jeszcze dlatego, że na tych koncertach są też tacy jak ja. Mamy i tatusiowie. Z odrostkami za rękę lub na barana. Niektórzy utyli, połysiali, jak mówi mój kolega kibic – pikniki. I co z tego, że pikniki? Live goes on.

Do napisania.

 

Foto: Flickr (lic. CC)

About Author