Tygiel

Tygiel

Decyzja o emigracji córki przyszła niespodziewanie. Rok temu postanowiła zmienić pracę kierując się potrzebą zmian i ciągłego rozwoju,. Podczas przeglądania ogłoszeń – nawet z innych miast – przypadkowo wpadł jej w oczy anons firmy z Manchesteru, w którym poszukiwano pośrednika pracy władającego językiem angielskim i polskim. Tu, w Gdańsku, zajmowała się również rekrutowaniem pracowników do pracy w Anglii, więc tam miałaby robić to samo, tylko po drugiej stronie „barykady” i za inne pieniądze. Wysłała aplikację. Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna odbyła się nowocześnie za pomocą skypa; zaraz po niej zaproponowano bezpośrednie spotkanie za trzy dni, wykupiono bilet lotniczy i nocleg w hotelu. No i tam zrobiła na tyle dobre wrażenie, że podpisała rozmowę przedwstępną i miała rozpocząć pracę za dwa tygodnie.

To zadziało się tak szybko, że początkowo nie dowierzałam. Poczułam z jednej strony radość i dumę, że tak została doceniona, a z drugiej lęk przed wypuszczeniem dziecka do obcego kraju, bez rodziny, znajomych i przyjaciół. Ale fakty nieubłaganie nadeszły. Wynajęła przez Internet pokój, wyleciała. Pierwsze dni i tygodnie były bardzo trudne, poczułam typowy syndrom opuszczonego gniazda, w domu zrobiło się pusto. Brakowało rozmów z nią, uśmiechu, pomocy, wkładu w prowadzenie domu, troski o mnie, drobnych znaków, że jestem ważna. Zawsze czułam, że spośród trójki dzieci to właśnie ona najwyraźniej umiała mi swoje uczucie okazać. Zabiegałam o rozmowy na skype, ale szybko zdałam sobie sprawę, że ma już tam swoje życie, swoje towarzystwo. Właściwie to było pozytywne, że nie czuje się tam samotna, że ma z kim pogadać, pójść na drinka po pracy, wyjechać na weekend. Po kilku tygodniach pojawiło się też męskie towarzystwo. Byłam bardzo ciekawa, jak tam funkcjonuje, jak wygląda jej pokój, jej dom, jej samochód, jej zakład pracy, gdzie robi zakupy, jakich ma znajomych. Szybko zapowiedziałam się, że chcę ją odwiedzić. Po trzech miesiącach poleciałyśmy tam z młodszą córką. Chłonęłam całe otoczenie, obejrzałam dokładnie wszystkie dostępne kąty, chciałam zapisać je sobie w pamięci, żeby móc wyobrażać sobie, żeby móc osadzić sobie jej postać w tych nowych miejscach, w relacjach z nowymi osobami. Inny kraj to dla mnie momentami obcość, zakłopotanie i bezradność, ale także okazja poznania nowych ludzi, kultur i ciekawych miejsc. Na pierwszy raz córka zaproponowała wycieczkę do przecudnego Edynburga. Jechaliśmy samochodem z jej czeskim chłopakiem. Tu okazało się, że trudno nam się bezpośrednio porozumieć. Mówił tak szybko po angielsku, że nie rozumiałam, a nawet jeśli zebrałam się w sobie, żeby o coś w tym języku zapytać, to nie docierał do mnie sens jego odpowiedzi. Stanęło na tym, że córka tłumaczyła na angielski i na polski i komunikacja odbywała się za jej pośrednictwem. Podobnie było podczas ich wspólnej wizyty w Polsce. Do tej pory jest to dla mnie jeden z najbardziej dotkliwych aspektów emigracji dziecka, że nie mogę nawiązać osobistego kontaktu z osobą mu bliską, którą chciałabym poznać, zbudować więź. A język czeski, który wydawał się tak prosty podczas przygranicznych zakupów, w tym przypadku był zupełnie niezrozumiały.

Pisząc o emigracji koniecznie należy wspomnieć o wymiarze ekonomicznym, który był głównym jej powodem. Cieszę się, że córce poprawił się standard życiowy, że wreszcie może być samodzielna, co było bardzo trudne w polskich warunkach. Że poznaje nowe kultury, że może jej łatwiej żyć. W tyglu różnorodnych uczuć: radości, dumy, pustki, możliwości mojego rozwoju, niepokoju i bezradności zdecydowanie przeważają te pozytywne.

 

     Autor: Gabriela

Kategorie: Felietony

About Author