WRRRR…

WRRRR…

Minus dwa dni do okresu: właśnie wpier… drzwi do lodówki. Tak wpier…., bo nie ma tu miejsca na bon ton, tu się walczy o przetrwanie. Ilość hormonów jest wprost proporcjonalna do ilości pożartego jedzenia – jeśli to w ogóle ma matematyczny sens! Generalnie chodzi o to, żeby zapchać czymś gębę, nie awanturować się i być jak najmniej uporczywą dla otoczenia.

Nie bez powodu pierwotne ludy skazywały kobiety na comiesięczną banicję, a jeśli to nie prawda, powinni tak robić w swojej nieskażonej mądrości! Kobieta, która ma okres to niecywilizowana istota i proszę się ze mną nie sprzeczać – jestem jedną z nich, wiem o czym mówię! Gdybym mogła, sama z sobą bym się rozwiodła za całkowity brak kontroli nad własnym zachowaniem, za nieustanne wahania nastrojów, comiesięczne „gorzkie żale”, ryk i zdeformowane ciało, które uniemożliwia wciśnięcie się w normalne ciuchy. Do tego dochodzi uporczywy brak nadzoru nad własną skórą, włosami, mężem, dziećmi, samochodem i całym światem! Nic i nikt nie pasuje mi do torebki i osobowości. Antyczne furie to przy mnie owieczki, niewinne i śliczne. Spokojnie można by mnie postawić na ringu z braćmi Kliczko i wierzcie lub nie, zwiewaliby stamtąd aż miło. Nic nie zatrzyma rozpędzonej, wściekłej i wiecznie głodnej baby z obłędem w oczach, ociekającą krwią… dosłownie!

Nic dziwnego, że mąż wije się jak piskorz pod wpływem mojego wściekłego spojrzenia, które nijak ma się od pytania, które zadaję słodkim głosem: Myślisz, że jestem piękna???? I niech spróbuje się zawahać…

Foto: Flickr (lic. CC)

About Author