Brexitu nie ma, ale partia Johnsona i tak wygrywa w sondażach

Brexitu nie ma, ale partia Johnsona i tak wygrywa w sondażach

Przyspieszone wybory do brytyjskiego parlamentu odbędą się 12 grudnia. Do tego czasu wszystko może się zmienić. Wiele zależy od kampanii i od tego, jakie polityczne haki mają na siebie nawzajem partie. Gdyby jednak Brytyjczycy mieli już dziś wybierać nowy skład parlamentu, większość z nich wskazałaby na Partię Konserwatywną.

Według badania przeprowadzonego przez pracownię Ipsos Mori, aż 41 procent respondentów popiera rządzącą obecnie Partię Konserwatywną. Największe opozycyjne ugrupowanie – Partię Pracy – popiera z kolei 24 procent ankietowanych. Liberalni Demokraci – najzagorzalsi przeciwnicy rozwodu Wielkiej Brytanii z Unią Europejską – mogą cieszyć się poparciem 20 procent, a Partia Brexitu – 7 procent. Na Zielonych swój głos oddałoby zaledwie 3 procent respondentów.

Jeśli chodzi o sondaż YouGov, chęć oddania głosu na rządzących Torysów zadeklarowało 36 procent ankietowanych. Gdyby do wyborów doszło teraz, Laburzyści cieszyliby się poparciem 21 procent respondentów, na Liberalnych Demokratów głosy oddałoby 18 procent ankietowanych, na Partię Brexitu – 13 procent, a na Zielonych – 6 procent.

Co istotne, od czasu, gdy pod koniec lipca Boris Johnson został nowym szefem Torysów i premierem, Partia Konserwatywna wygrywa w praktycznie wszystkich, liczących się sondażach. Jednocześnie sam Boris Johnson przegrywa w Izbie Gmin niemal wszystkie głosowania.

Przypomnijmy, Boris Johnson naciskał na zorganizowanie przedterminowych wyborów, bo – jak stwierdził – obywatele Wielkiej Brytanii nie powinni być uzależnieni od parlamentu, który „stracił swoją przydatność”. „Nadszedł czas, aby ten parlament szczęśliwie ustąpił miejsca nowemu, który będzie mógł realizować priorytety Brytyjczyków” – przekonywał tydzień temu premier.

Dopiero czwarta próba przeforsowania pomysłu przyspieszonych, grudniowych wyborów przeszła przez Izbę Gmin. Po tym, jak Unia Europejska zgodziła się (formalnie) na odroczenie Brexitu, Johnson postawił na swoim. We wtorkowym głosowaniu za przeprowadzeniem przyspieszonych wyborów opowiedziało się 438, przeciwko – jedynie 20 parlamentarzystów Izby Gmin.

Obserwatorom brytyjskiej sceny politycznej ta sytuacja może wydawać się znajoma. Poprzedniczka Johnsona, premier Theresa May w 2017 roku także postawiła na przyspieszone wybory. May chciała w ten sposób wzmocnić pozycję – swoją i partii. W chwili, gdy premier ogłaszała chęć rozpisania wcześniejszych wyborów, sondażowa przewaga Partii Konserwatywnej nad Partią Pracy wynosiła aż 21 punktów (stosunek 46 procent do 25 procent poparcia). Ostatecznie, w wyniku wyborów Konserwatyści zdobyli 43,5 procent głosów, a Laburzyści 41 procent. Tym samym reprezentacja Torysów w Izbie Gmin zmalała z 330 do 317 parlamentarzystów, a reprezentacja Partii Pracy umocniła się (z 232 miejsc zrobiło się 262).

Johnsonowi bez wątpienia marzy się parlamentarna większość i liczy na to, że historia tym razem się nie powtórzy. Przypomnijmy, aby premier mógł uzyskać wspomnianą bezwzględną przewagę w Izbie Gmin, Torysi powinni zdobyć 326 mandatów.

 

Foto: @mounsey, PixaBay, lic. CC0

Kategorie: Wydarzenia UK

About Author