Dwie historie o spełnianiu marzeń

Dwie historie o spełnianiu marzeń

Codzienność z urzędu bywa mozolna i trudna, żeby nie powiedzieć żmudna i męcząca. Często mamy dość naszego życia i marzymy o tym, żeby stało się coś, co wyrwie nas z zastania. Coś co sprawi, że w naszych zmęczonych oczach znowu zabłyśnie entuzjazm młodych lat, kiedy myśleliśmy, że możemy zmieniać świat.

Co zrobić, jeśli od lat tkwimy w rutynie i czujemy, że dusimy się we własnym życiu? Nastawiliśmy nasze funkcje na opcję „przetrwania” i nawet nie rozglądamy się wokół? Nie widzimy innych, nie mamy czasu dla nikogo i na nic? Byle do przodu. Praca, którą od lat chcemy zmienić. Dom, w którym zawsze coś trzeba zrobić. Dzieci, z którymi stale są problemy. Niby wiadomo, że trzeba dbać, że miłość jak ogród, co dasz, to weźmiesz itp. Kto tego nie słyszał? Tylko co po receptach na szczęście, kiedy nie jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie energii? Nie stać nas na zryw niepodległościowy, bo nam się po prostu nic nie chce albo się boimy. Jesteśmy wiecznie zmęczeni, sfrustrowani, bywa, że rozgoryczeni.

Chyba każdy to zna. Zastanawiacie się czasem ile to lat można tak wegetować? A może całe życie? Może już dawno zniknęła nadzieja na to, że będzie inaczej? Lepiej? Żal nam tego naszego życia, uciekającego czasu, rzeczy, które zawsze chcieliśmy zrobić, ale jakoś się nie udało. Najbliższych – partnera/partnerki, którzy też mają zmęczone oczy, dzieci, którym można by poświęcić zawsze więcej czasu, przyjaciół, których nie widzieliśmy od dawna. Co z tym zrobić? Przecież nikt z nas nie chce tak żyć. „Matka polityczna” jest realistką. Nie oczekuje, że co dzień będą fajerwerki, ale choć co jakiś czas trzeba sobie tak zorganizować codzienność, żeby ładować akumulatorki do następnego razu. Nie oszukujmy się. Nikt tego za nas nie zrobi, pieniądze z nieba nie spadną, cud się nie zdarzy… więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.

W dzisiejszym felietonie opowiem Wam historię trzech mężczyzn, którzy tak właśnie zrobili. Postanowili przełamać rutynę ich życia i dokonali czegoś, co, z całą pewnością było, jest i będzie dla nich wielka przygodą. Coś, przy czym serca ogrzewa tysiące innych osób. Także i ja. Trzej panowie (w skrócie) dwoje filmowców i muzyk, postanowili nakręcić film. Dokumentalną opowieść o północno-wschodniej części Polski. Pokazali w sposób niebagatelny Podlasie w jego wyjątkowości przyrodniczej i kulturowej. Tam czas płynie inaczej, ludzie żyją inaczej.

podlasie 3

Paweł Jankowski, Zdzisław Folga i Marek Kubik znają się z wesel. To artyści, którzy mają na swoich kontach pewne osiągnięcia, jednak na co dzień pracują nad oprawą muzyczną i filmową do imprez ślubnych Zajęcie daje utrzymanie, ale nie jest szczytem ich marzeń. Kilka lat trwało, zanim pojawił się pomysł, żeby uciec od rutyny i zrobić coś, co nada ich życiu kolorów. Taki zryw niepodległościowy, kiedy nie jesteś już w stanie dłużej wytrzymać w miejscu, w którym utknąłeś. Nie powstrzymasz zewu krwi i zdarzenia muszą się rozpocząć.

Trzy lata temu panowie zainspirowani dokumentami Rona Fricke’a, ruszyli z kamerami w plener, który dobrze znają z sesji zdjęciowych i filmów weselnych. Poza tym, tam mieszkają. Sfilmowali część ziemi podlaskiej, m.in. okolice Białegostoku, Łomży, Mielnika. Puszczę Knyszyńską, okolice Biebrzy i Narwi. Efekt? Stworzyli etiudę filmową, na którą bilety rozchodzą się w ciągu godziny! Zadziwiające. Niekomercyjny film, zrobiony ze środków własnych, żadnej reklamy. (Wieści o filmie rozchodzą się pocztą pantoflową i przez FB). Oni sami nie spodziewali się takiego zainteresowania.

Obraz jest niezwykły. Mistyczny, tajemniczy i poruszający do głębi. Nie był by taki, gdyby nie muzyka, która jest narratorem. Najlepszym jakiego twórcy mogli wybrać. Słowa zakłócałyby odbiór. Wybrałam się do kina na prawie 40 minut wyśmienitej uczty, nie tylko duchowej. W trakcie seansu rozejrzałam się po sali. Panowała na niej absolutna cisza i bezruch. Wszyscy byli po drugiej stronie ekranu… Po seansie najpierw była cisza, a potem brawa. Ludzie nie bardzo chcieli wychodzić. Padały pytania o kolejne projekcje.

Michał Giorew, filmowiec z Trójmiasta, który zrobił krótki wstęp do filmu, powiedział, że w historii Kina Konesera tylko jedna projekcja zgromadziła większą publiczność niż Cząstka Podlasia. Zwykle Kino Konesera gromadzi 5 do 15 widzów. Zastanawia mnie tylko, skąd tak duże zainteresowanie. Czego widzowie szukają w tym filmie, co chcieliby zobaczyć, odnaleźć? Nie sądzę, żeby to była kwestia tylko ciekawości.

Miały być dwie historie o spełnianiu marzeń. Druga dotyczy mnie. Przy okazji projekcji Cząstki Podlasia, spełniło się też moje małe marzenie. I ten fakt sprawia, że czuję się wspaniale. Kosmos mi sprzyjał i wszystko pięknie zagrało. Udało się zdobyć bilety, zorganizować opiekę dla dzieci, ściągnąć przyjaciół (stuprocentowa frekwencja choć się nie zapowiadało), zwabić małżonka, który nawet urwał się wcześniej z pracy i jeszcze po seansie pójść do cukierni! Mała rzecz, a cieszy. Kiedy usiadłam w fotelu sali kinowej, ogarnęła mnie dzika radość. Dosłownie. Oto jestem na projekcji filmu, na którą czekałam rok czasu! Miałam poczucie, że moje życie należy do mnie. Postanowiłam i stało się. A nie powiem – zależało mi. I przy okazji dojazdu do kina, od 10 lat pierwszy raz jechałam autobusem. Ale frajda! I żeby atrakcji nie było dość, sprawdzali bilety :)

PS: Ciągnie nas do ludzi, którzy mają pasję, prowadzą ciekawe życie, realizują się. Emanuje od nich pewna energia, która dobrze na nas działa. Chcemy choć „postać” koło takich osób, żeby ogrzać się światłem, które mają w sobie. Życzę Wam i sobie tego, żebyście spotykali wokół siebie takie osoby. Najbardziej jednak życzę Wam i sobie, żebyśmy takie światło i taką silę odnajdywali w sobie samych. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Do napisania.

PS.2. Będzie wywiad z autorami Cząstki Podlasia.

 

Foto i materiał filmowy: czastkapodlasia.pl

About Author