FRIENDS FOR-NEVER

FRIENDS FOR-NEVER

“Masochistka”. Tak pomyślałam o A., gdy po raz kolejny usłyszałam „Dżizas, jak ON mnie wkurza!”. I nie. Nie chodziło o upierdliwego szefa strzelającego miny Czingis Chana, niewiernego kochanka, który już właśnie będzie się rozwodził z żoną, ani męża, który z uporem maniaka zostawia swoje skarpetki na podłodze w łazience, nie wspominając już o tej nieszczęsnej wiecznie niespuszczonej desce klozetowej, a A. bynajmniej nie była niewinną, dziewiczą ofiarą jakiegoś Pana Graya, który sobie niecnie z nią poczynał, za obopólną zgodą, rzecz jasna. Nic z tych rzeczy. A. tak co jakiś czas od kilku lat mówiła o swoim Przyjacielu. Tak się również składało, że ów przyjaciel był też byłym facetem A.

Z tego co mi wiadomo, decyzję o rozstaniu podjęła A., ale R., który był fanem amerykańskiego serialu „Friends”, omamiony tą anglosaską wizją rozstań z klasą, wystąpił z propozycją, aby nadal utrzymywali kontakt i byli przyjaciółmi. Taki „friendzone” pomiędzy „eksami”. A. na to przystała, no bo w końcu znali się tyle lat, ufali sobie, byli tacy podobni w sferze emocjonalnej, zainteresowań, temperamentów i spojrzenia na życie. Poza tym znajomość była z tych od pierwszego wejrzenia, Amor ugodził celnie i tak trochę szkoda było te romantyczne okoliczności pozamykać na cztery spusty, a ponad wszystko A. miała jednak kaca moralnego, że zerwała z R., chociaż był taki fajny. I pewnie gdyby byli papierowymi postaciami napisanymi przez amerykańskich scenarzystów, wszystko potoczyłoby się zabawnie i nie tak emocjonalnie. Bo to, co działo się od dobrych kilku lat można było raczej przypisać specowi od telenowel brazylijskich. A zatem były rozterki typu wrócić-nie wrócić, jedno chciało, drugie nie, potem to drugie było na tak, gdy to pierwsze zapierało się rękami i nogami. W międzyczasie pojawiali się w życiu A. jacyś faceci, a R. miewał koleżanki o różnym stopniu zażyłości. O wszystkim sobie opowiadali, rzecz jasna, bo… no właśnie byli przecież przyjaciółmi, a prawdziwi przyjaciele nie mają przed sobą tajemnic. W końcu A. poznała kogoś i ten ktoś, po paru latach, został jej mężem. Ten ktoś dowiedział się o R. od samej A. i, jak możecie się domyślać, wcale nie był zachwycony. I tak to się toczyło, uderzając rykoszetem w życie to jednego, to drugiego. I jasne było, że A. ta cała przyjacielska relacja nie uszczęśliwia, R. natomiast dalej brnął w zaparte, chociaż też miewał już swoje życie, swoje sprawy i często zbywał A. ogólnikami i wytartymi frazesami.

Myślę, że w takich sytuacjach, powodów tych niesnasek może być kilka.

Po pierwsze to mityczne rozstanie w zgodzie jest abstrakcją i pięknie się uzupełnia z niezgodnością charakterów w wystąpieniach rzeczników prasowych celebrytów. Serio. Ile znacie par, które siedząc przy śniadaniu, spojrzały sobie głęboko w oczy i powiedziały w tym samym momencie „rozstańmy się” (fanfary, śpiew skowronka, ewentualnie muzyczka z „Love story”)? Zwykle decyzję o rozstaniu podejmuje jedna ze stron, bo druga albo nie jest na to przygotowana, albo zwleka, licząc na cud. Ta, która decyzję bierze na swoje barki, zapewne odczuwa większą ulgę, choć często także towarzyszą jej wyrzuty sumienia. Natomiast druga strona na początku zawsze odczuwa zawód, a przede wszystkim zostaje zraniona jej miłość własna, a to rana, która zwykle długo się zabliźnia i nie zmieni tego nawet nazwanie strony zrywającej dupkiem bądź suką oraz teatralny gest wybebeszenia rzeczy zdrajcy ze wspólnej dotychczas szafy. Słaby grunt na budowanie czegoś tak pięknego jak przyjaźń, nieprawdaż?

Po drugie – budowanie nowych relacji ze starymi z tyłu głowy jednak jest ciężkie. Nie unikniemy porównań, które mogą być krzywdzące dla nowych partnerów. Nie unikniemy wspominek, bo co jakiś czas wyrwie się w rozmowie to zdradzieckie słówko „A pamiętasz…”, które przecież insynuuje, że było tak dobrze i prowokuje do gdybań lub wyrzutów. Nie uciekniemy od niesnasek, bo nawet po kilku latach jedno słowo, może wzbudzić lawinę niechęci, a głupi żart dotknąć do żywego. W każdej sytuacji granicznej, a rozstanie też do takich należy, bo to przecież koniec jakiejś historii dwojga ludzi, potrzeba czasu na wygaszenie emocji, a ta „przyjaźń” taka od razu, od początku końca przecież nie daje czasu na cokolwiek i niepotrzebnie drażni złe emocje.

Po trzecie: takie przyjaźnie to, nie oszukujmy się, próba dla nowych związków, bo przecież tam gdzie miłość, pojawia się również zazdrość. Ilu z was na wieść o tym, że na horyzoncie jest jakiś były albo była nie nastawia gardy i nie daje się ponieść wyobraźni, pomimo tego, że przecież wiecie, że partner albo partnerka darzą was uczuciem? Niby mówi się, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, ale przecież inne przysłowie twierdzi, że cicha woda brzegi rwie. Nie wspomnę już o tak delikatnej kwestii jak dyskrecja w omawianiu swoich partnerskich problemów wszelakiej natury. Nikt nie będzie przyklaskiwał możliwości, iż jego druga połówka dzieli się wspólnymi tajemnicami z eks połówką.

Gdy słucham A., myślę, że niepotrzebnie dali się z R. wciągnąć w serialową wizję w stylu „let’s be friends”. Być może istnieją ludzie, mniej emocjonalni, bardziej powściągliwi, którzy potrafią po rozstaniu przejść do porządku dziennego jakby nie miało ono dla nich żadnego znaczenia. Jesteśmy różni, więc może kiedyś takich spotkam. Jednak większość z nas, nie napisana przez speca od chwytliwych gagów i nierealnych rozwiązań, może sobie takie natychmiastowe przyjaźnie z eks podarować. Zawsze możemy pożyć życiem serialowych bohaterów.

Foto: Flickr (lic. CC)

Napisz komentarz

<

Kategorie: Felietony

About Author