JAK NIE BYĆ GLAMOUR, A BYĆ SZCZĘŚLIWĄ

JAK NIE BYĆ GLAMOUR, A BYĆ SZCZĘŚLIWĄ

Będąc dziewczynką, a bardziej precyzyjnie młodą nastolatką, prowadziłam pamiętnik. Ów zeszyt był moim towarzyszem i powiernikiem dziewczęcych historii miłosnych, spostrzeżeń, frustracji, a także oczekiwań oraz marzeń. Tych zeszytów zapisałam sporo. Staram się prowadzić zapiski do dnia dzisiejszego, chociaż obecnie robię to dużo rzadziej i mniej skrupulatnie.

Robiąc niedawno porządki w piwnicy, trafiłam na walizkę, która, jak się okazało, była składowiskiem starej, tradycyjnie pisanej korespondencji – ( tak, listy, koperty oraz pocztówki- łezka w oku się kręci), wierszy, starych kalendarzy, adresowników oraz tych pamiętniko-dzienników właśnie. Nie wiem, czy należycie do tej samej grupy sprzątaczy, co ja, ale moje sprzątanie rozciąga się w godziny właśnie ze względu na tę archeologiczną dociekliwość, która każe mi się z uwagą przyglądać każdemu karteluszkowi, karteczce czy kwitkowi, a decyzja o wyrzucaniu tego śmiecia staje się niebywałym wyzwaniem emocjonalnym. Nie, nie wyrzuciłam tych dzienników, ale , co oczywiste, zaczęłam je z uwagą przeglądać. ( Czego człowiek nie zrobi, by choć na chwilę odsunąć od siebie nieprzyjemną perspektywę czynności tak banalnej jak sprzątanie?). Ileż tam było dziewczęcych emocji! A wśród tych zapisków utraconego czasu także jeden opatrzony nieporadnym rysunkiem kobiety w długim szerokim płaszczu i z siatkami w obu rękach opatrzonych znaczącym podpisem „To nie będę  ja”. We wpisie tym z młodzieńczą zaciętością odrzucałam wizję siebie z przyszłości jako kobiety zmęczonej, zaniedbanej oraz umęczonej domowym kieratem, którego symbolem były te ciężkie siaty z zakupami.  Pragnęłam być kobietą powalającą, powabną, przebojową, kobietą z klasą, którą dzisiaj określilibyśmy mianem glamour właśnie.

Rzeczywistość natomiast miała wobec mnie inne plany. Owszem, trochę przewrotnie, zostałam kobietą z klasą i to nie jedną  jako, że moją karierę zawodową skierowałam w stronę edukacji. Nie o to jednak przecież chodziło. Ten cały charm i szyk miał dotyczyć wszak fizis. I tu niestety nie udało mi się osiągnąć stuprocentowego zwycięstwa nad materią. Jakieś fatum niezręczności i ciapowatości wlecze się bowiem za mną przez całe życie. W podstawówce przybierało formy plam po szkolnych obiadach na granatowym materiale fartuszka oraz nieuchronnych dziur, które ni z tego, ni z owego powstawały w rajtuzach. Wakacje odznaczały się tatuażami siniaków oraz zadrapań na moich kolanach pomimo tego, iż wcale nie byłam typem chłopczycy, która biega po polach i skacze po drzewach. Szkoła średnia była czasem, w którym za wszelką cenę walczyłam z objawami swojej dojrzewającej kobiecości, co objawiało się doborem workowatych bluz, zbyt szerokich dżinsów (nikt nie pomyślał wtedy o „rurkach”) i ciężkich sportowych butów oraz krótkiej, nieogarniętej fryzurze. Czasy studiów okazały się niejako przełomem w tej batalii o idealny wygląd, choć do ideału zawsze wiele brakowało. Czasami był to odpryśnięty w ostatnim momencie lakier na jednym paznokciu, innym razem zdarty obcas lub czubek nosa po jednokrotnym użyciu nowych butów, a także dżinsy wytarte na udach po jednym tygodniu noszenia, dziura w swetrze lub plama na płaszczu. Były również efekty bardziej spektakularne. Pamiętam na przykład , że któregoś dnia w czasie wolnym pomiędzy zajęciami wybrałam się z koleżankami na kawę i pogaduchy do pobliskiego parku. Spędziłyśmy tam jakąś godzinę miło gawędząc. Słońce świeciło. Ptaszki śpiewały. Wiał delikatny wietrzyk, który okazał się gwoździem (estetycznym) do trumny. Gdy po godzinie wróciłyśmy na uczelnię, koleżanki wyglądały absolutnie normalnie, ja natomiast przypominałam lwicę (bynajmniej nie salonową) potraktowaną przez fryzjera sadystę.  Takie wpadki zdarzały mi się niejednokrotnie także już w życiu zawodowym. Pewnego dnia prowadziłam lekcję z rozpiętym rozporkiem. Innego chodziłam przez pół dnia z „okiem pandy” usmolonym tuszem, bo akurat szłam do pracy w deszczu. Pamiętam także, że pewnego letniego dnia spieszyłam się, będąc jak zwykle w niedoczasie, na autobus. Biegłam w letniej sukience i swetrze i po 800 metrach usłyszałam, kobiecy głos, który zawołał:

-Proszę pani! Sukienka się pani podwinęła!

Tak, moi drodzy przebiegłam 800 metrów świecąc swoimi czterema literami na pół osiedla.

Wobec tych, a także wielu innych wydarzeń, pewnego dnia przekroczywszy jak to kiedyś pięknie ujął Witold Gombrowicz „Rubikon trzydziestki”, zdecydowałam, że bycie glamour nie leży w mojej naturze. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zaległam na kanapie w poplamionych dresach, z włosami w strąkach tak grubych jak dredy, z manikiurem wygryzionym własnymi zębami oraz jamą gębową cuchnącą niczym odpływ kanalizacyjny. Nie. Mogę wręcz stwierdzić, że mój zapas kosmetyków się powiększa, choć z konsekwencją w ich używaniu bywa różnie. Jak mawiała Bridget Jones „bycie kobietą jest gorsze od bycia rolnikiem”, (mając zapewne na myśli to, że cały czas znajdzie się coś do „odchwaszczenia” ). Natomiast jako kobieta lubiąca inne przedstawicielki płci pięknej, podziwiam te kobiety, które zawsze są piękne, zgrabne i powabne. Nie spędza mi to jednak snu z powiek i nie jest powodem do zawiści.  Ale co ważniejsze, znacząco wzrosła moja pewność siebie. ”O, Bogini!”, chciałoby się zaintonować z radości, że jest się tym, kim się jest i wygląda jak wygląda nawet wtedy, gdy się wraca po ciężkim dniu pracy z siatkami pełnymi zakupów na obiad.

I tylko czasami wyłazi z jakiegoś zakamarku włochata, ciemna myśl niewiary w siebie. Tak jak w ostatni weekend. Pojechałam na zakupy do Tesco. Spacerowałam dziarsko z koszem pomiędzy półkami i w pewnym momencie ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. „O żesz, kurde, pewno tusz mi się rozmazał pod okiem”, pomyślałam, po czym oddaliłam się w stronę stoiska z okularami i dyskretnie sprawdziłam stan swojego makijażu. Nie. Tusz był na swoim miejscu, czyli na rzęsach. Uśmiechnęłam się i pomyślałam: „Po prostu pewnie jestem taka zaje…fajna”.  

Foto: Flickr (lic. CC)

Kategorie: Felietony

About Author