NA ILE CIĘ STAĆ?

NA ILE CIĘ STAĆ?

Każdy związek był dla mnie rewolucją. Od partnerów przejmowałam gusta muzyczne lub filmowe, czasem powiedzonka, poczucie humoru. Zapuszczałam włosy, choć tego nienawidziłam. Wymieniałam garderobę, ponieważ wiedziałam, że aktualny partner wolał kolory i sukienki, a nie czerń i bojówki. Sięgałam po te same lektury, żłopałam piwo, chociaż nie znoszę jego gorzkawego smaku. Całe szczęście – z wiekiem zmądrzałam.

Nie wiem, czy oglądaliście, jeśli nie, to ani nie polecam, bo to nie wybitnie głębokie dzieło filmowe, ani nie odradzam, ponieważ człowiek czasem musi się zrelaksować przy czymś lekkim i płytkim, ale jest taki film, który przydarzył się Julii Roberts i Richardowi Gere i nie jest to „Pretty Woman”. To „Uciekająca Panna Młoda”. Producenci zapewne chcieli odgrzać hit z lat 80. ubiegłego wieku i postawili na ten oto duet aktorski. Otóż historia jest prosta. Pewien dziennikarz (Gere) trafia na historię dziewczyny (Roberts) z małego miasteczka, która trzykrotnie uciekała sprzed ołtarza. Poznają się, zakochują się w sobie i po perypetiach kończy się to love story pocałunkiem. Romantyczna sztampa. Niby nic godnego uwagi, ale jest tam jedna scena, która zawsze robi na mnie wrażenie. Otóż Gere zbiera informacje na temat Roberts i w tym celu przeprowadza rozmowy z porzuconymi przed ołtarzem niedoszłymi panami młodymi. Między innymi zadaje im jedno, zdawałoby się infantylne, pytanie: Jak przygotowane jajka najbardziej lubi uciekająca panna młoda? Otóż odpowiedzi są trzy. Różne. Każda pochodzi od innego pana młodego i zwieńczona jest komentarzem: „Tak jak ja”.

Też miałam kiedyś ten problem. Każdy związek był dla mnie rewolucją. Od partnerów przejmowałam gusta muzyczne lub filmowe, czasem powiedzonka, poczucie humoru. Byłam zatem w swoim życiu kociakiem, ironistką, ciepłą kluską. Zapuszczałam włosy, choć tego nienawidziłam. Wymieniałam garderobę, ponieważ wiedziałam, że aktualny partner wolał kolory i sukienki, a nie czerń i bojówki. Sięgałam po te same lektury, żłopałam piwo, chociaż nie znoszę jego gorzkawego smaku. Pozwalałam w 100% decydować o miejscu randek. A ponadto byłam zawsze w pogotowiu, z baterią telefonu naładowaną, gotowa do spotkania o każdej porze dnia i nocy, gotowa do poświęceń i z chęcią niesienia pomocy na dłoni. Całe szczęście – z wiekiem zmądrzałam.

Niektórzy, a wydaje mi się, że nie będzie wyolbrzymieniem, iż głównie niektóre kobiety, nie mądrzeją nigdy i składają siebie na ołtarzu spełnienia związku, przybierając skórę kameleona. Pod wpływam nacisków lub poczucia powinności zrezygnują z własnych znajomych i ograniczają się do grona znajomych partnera lub do jego osoby w ogóle. Porzucają własne zainteresowania, bo nie będę się one mieściły w sferze zainteresowań drugiej połówki lub też będą kolidowały z wiciem wspólnego gniazda. Zmieniają styl ubierania, fryzurę, schudną lub przytyją, porzucą wygodę, by postawić na mniej komfortową elegancję. Pół biedy, jeśli chodzi o rzeczy tak błahe jak fryzura. Gorzej, gdy te zmiany i chęć wpisania się w ideał drugiej strony ograniczają wolność, powodują wykluczenia z własnego środowiska, kolidują z systemem wartości, wyznaniem czy też powodują uprzedmiotowienie, także to dotyczące własnego ciała.

Nie oszukujmy się. Każdy chce na początku związku zrobić dobre wrażenie na potencjalnym partnerze. Każdy trochę udaje, trochę gra, trochę bawi się w okres promocyjny. Kobiety na randki wskakują w sukienki, podkreślają urodę mniej lub bardziej wydatnie make-upem, wskakują na wysokość szpilek. Mężczyźni nie nadają non-stop o piłce nożnej, nie wydają dźwięków „paszczowych” jak bekanie i starają się być metroseksualnymi drwalami. Miłe to randkowanie, przyjemne, przechodzi niekiedy w coś poważniejszego i zmywa u większości barwy godowe. Znajoma śmieje się, że jej mąż w żartach czasami przekomarza się z nią, iż uwiodła go kobieta na obcasach i w sukience, a jest na dobre i na złe z kobietą bez make-upu i w balerinach. Gorzej, gdy ten taniec godowy dla jednej strony zamienia się w życie w klatce. Ze strachu, by nie utracić zainteresowania, chwil czułości, wyimaginowanej miłości. Wyimaginowanej bo wymagającej zmiany totalnej. Takiej, w której my to już nie my, lecz nasze odbicie w oczach partnera.

Dlatego warto sobie czasem zadać pytanie:

Na ile zmian mnie stać?  

Foto: Flickr (lic. CC)

Napisz komentarz

<

Kategorie: Felietony

About Author