NIE WIEM. NIE ZNAM SIĘ. ZAROBIONA JESTEM

NIE WIEM. NIE ZNAM SIĘ. ZAROBIONA JESTEM

Zachciało się babie mieć samochód. Ano zachciało. A jak auto, to czasem trzeba wybrać się do myjni. Także po raz pierwszy. Pech chciał, że w mojej okolicy akurat automatycznej myjni nie ma, tylko taka samoobsługowa. Początek był dziecinnie prosty. A zatem wjechałam pomiędzy dwa słupy całkiem symetrycznie. (Tak, muszę się pochwalić, bo parkowanie od zawsze było moją piętą Achillesową). Wysiadłam, zamknęłam drzwi i tu zaczęły się schody. Przede mną szafa na monety, a na szafie numerki o dziwnych oznaczeniach programów. Im dłużej stałam, tym mniej rozumiałam. Nawet spojrzenie na trzy różne szczotki nie rozjaśniło mi sytuacji. Możecie powiedzieć, że trochę dziwne, że baba szczotek nie rozpoznaje, jednak wiele można o mnie powiedzieć, ale nie to, że typowa ze mnie kurka domowa.

W końcu podjęłam decyzję. Skoro to coś jest samoobsługowe, trzeba to nakarmić pieniążkiem, bo wiadomo, że przez żołądek do serca, a program się później wybierze. Wyszperałam z portmonetki całe pięć zeta i wcisnęłam w pierwszą dziurę, która dostrzegłam. No i wiecie, jak to bywa z tymi pierwszymi razami. Oczywiście to nie była TA dziura. Piąteczka pięknie sobie utknęła, a ja nadal stałam jak debil w rozpiętej kurtce, z paskiem smętnie zwieszonym z jednej szlufki i dyndającym po ziemi, w przekrzywionej czapce i pół zastanawiałam się, co zrobić, a pół układałam w głowie soczyste wiązanki staropolskich przekleństw. W tak zwanym międzyczasie, ustawiła się już kolejka samochodów. “Prawo Murphiego”, pomyślałam i poczułam na sobie ten wzrok bazyliszkowy, że się baba guzdrze, a wszystkim nagle się spieszy i przypadkiem wpadli na to, że trzeba samochody wymyć przed niedzielnym obiadem u mamusi albo pielgrzymką do galerii handlowej. I ja fizycznie czułam tę presję. W końcu ktoś się nade mną ulitował. Z błyszczącego BMW ( tak, błyszczącego, więc ja się pytam po co przyjeżdżał do myjni?), wysiadł facet o wyglądzie bramkarza i z uśmiechem podszedł do mnie. Na filmie byłoby tak, że odrzuciłabym z gracją burzę włosów, przymrużyła oko osłonięte firanką rzęs, a nózię w szpilce wysunęłabym z gracją przed siebie, by mógł sobie samiec zerknąć i się zachęcić do pomocy. Ale byliśmy w rzeczywistości. Facet z karkiem pitbula i ja, sierota w zimowej czapie i starej kurtce przy brudnym aucie rocznik 2001. Pozostało mi udać idiotkę i ofiarę losu, gdy tymczasem pan z uśmiechem, który w tamtym momencie potraktowałam jako uśmiech wyższości, uporał się z wyłuskaniem mojej piątki z piekielnej szczeliny i objaśnieniem, co ma zrobić. Gdy skończyłam myć auto, byłam mokra od potu i wściekła. Wściekła na siebie, że zrobiłam z siebie debila, bo nie umiałam sobie dać rady z durną myjnią samoobsługową.

Refleksja przyszła wraz z pierwszymi spokojnymi myślami i tysiącem wdechów i wydechów, kilka godzin później. Dlaczego byłam na siebie zła? Przecież nigdy wcześniej nie korzystałam z tej, ani żadnej innej myjni samoobsługowej. Miałam prawo nie wiedzieć, co robić. Miałam też prawo się pomylić. Miałam prawo prosić o pomoc. Prawo, z którego bym nie skorzystała, gdyby nie odruch jakiegoś miłego człowieka. Zamiast tego, spędziłam co najmniej dwie godziny wyrzucając sobie, jaką ofiarą losu jestem, że nie potrafię sobie poradzić z tak prostą czynnością, jaką jest umycie samochodu.

Jeżeli nigdy się tak nie czuliście, gratuluję. Świadczy to o zaawansowanym etapie samoakceptacji, samopoznania i jeszcze kilku samo-, o których nie mam pojęcia. Ale jeżeli od czasu do czasu, częściej lub rzadziej, zdarzają wam się sytuacje, które psują wasze samopoczucie i powodują obniżenie samooceny, witajcie w klubie. Jednak mam dla was radosną nowinę. NIE MUSICIE WSZYSTKIEGO WIEDZIEĆ I NA WSZYSTKIM SIĘ ZNAĆ. Człowiek nie jest maszyną, komputerem z giga mega bajtami pamięci zdolnymi odpowiedzieć na każde pytanie, z łatwością przyswoić sobie tabliczkę mnożenia, budowę silnika, przepis na suflet oraz gramatykę chińskiego. Nie musimy już za pierwszym razem wiedzieć jak użyć nowej pralki, zrobić tabelkę w Excelu, napisać wiersz, jeździć na rowerze. Słowa “nie wiem” i “nie znam się”, które nie są wytłumaczeniem dla lenistwa, ale zwykłym stwierdzeniem ludzkiej niemożności w danym momencie, są tak samo naturalne jak przysłowiowe pot, krew i łzy. Świat nie zadrży w posadach, jeśli przyznamy się do swoich słabości i poprosimy kogoś o pomoc. Nie ucierpi też na tym nasze poczucie ani godności, ani wartości. Możemy za to oszczędzić czas i nerwy.

Problem presji ‚wszystkowiedzenia’ dotyczy zarówno kobiet jak i mężczyzn. Kobieta nie poprosi o pomoc w prowadzeniu domu męża, ani dzieci, nie mówiąc o teściowej, bo przecież pomyślą, że się nie zna albo sobie nie radzi, a ona zna się przecież najlepiej. Mężczyzna nie zapyta o drogę, ale będzie kilka godzin krążyć po osiedlu, dopóki sam nie trafi do celu lub benzyna w baku mu się nie skończy. Matka będzie się mordować z wózkiem w drzwiach sklepu, ale nie poprosi nikogo o pomoc. Ojciec, z którego żadna złota rączka, będzie się mordował ze złożeniem łóżeczka dziecięcego przez kilka tygodni, ale nie zadzwoni do teścia. Będziemy się frustrować, dołować, marnować czas, który moglibyśmy wykorzystać znacznie owocniej i przyjemniej, a wszystko to w poczuciu wyrzutów sumienia, że daleko nam do ideału. A przecież wciąż aktualne są słowa Sokratesa “wiem, że nic nie wiem” i często zapominamy o dalszym fragmencie tej sentencji, który mówi, iż ci, którzy nie wiedzą, nie wiedzą, że wiedzą.   

Kategorie: Felietony

About Author