Wielka porażka Żylińskiego. Kto zawiódł: Polacy czy kandydat?

Wielka porażka Żylińskiego. Kto zawiódł: Polacy czy kandydat?

Jana Żylińskiego w wyścigu o władzę w brytyjskiej stolicy pokonał nawet Lee Harris z Cannabis is Safer than Alcohol. Czyżby Polacy woleli marychę od szabelki?

Według oficjalnych szacunków w Londynie mieszka 185 tysięcy Polaków, z czego około 100 tysięcy to osoby pełnoletnie, uprawnione do oddania głosu w wyborach. Do skorzystania z tego prawa i pójścia w miniony czwartek do urn miał nas zmobilizować Jan Żyliński, który – jako kandydat niezależny, „Zylinski Prince” – także stanął do wyścigu o fotel burmistrza.

Coś poszło nie tak

Na nic zdały się wywiady i eventy – w tym ten największy, zorganizowany na Trafalgar Square. Żyliński nie dość, że nie namówił nas do głosowania (z prawa skorzystało zaledwie 13 procent uprawnionych do tego Polaków z Londynu), to jeszcze zyskał poparcie na bardzo niskim poziomie. Według oficjalnych wyników, Żyliński zdobył zaledwie 13 202 głosy. Gorszy wynik uzyskał jedynie Ankit Love z One Love Party (4 941 głosów). Dla porównania – zwycięzca wyborów i nowy burmistrz brytyjskiej stolicy Sadiq Khan zdobył (sumując wyniki z obu rund) aż 1 310 143 głosy.

Polacy nie pokochali Żylińskiego, bo…

Żyliński w licznych wywiadach przekonywał, że ma nie tylko dobry program, ale i doświadczenie pozwalające na realizację wyborczych obietnic. Polski kandydat podkreślał swoją zamożność i przyznawał, że jego kampanię koordynuje profesjonalna agencja PR, z której usług korzysta między innymi Boris Johnson. Były wyjazdy, spotkania z potencjalnymi wyborcami, wolontariusze i eventy. Na nic się to zdało, bo zarówno wynik ocierający się o błąd statystyczny, jak i słabe zaangażowanie Polaków mówią same za siebie. Dlaczego nie zagłosowaliśmy na Żylińskiego? Jest co najmniej 5 powodów.

jan_zylinski1
Bo wybory nic nie zmienią

– pierwszy z nich jest boleśnie prozaiczni: nie lubimy głosować. Niechętnie idziemy do urn zarówno w Polsce, jak i na obczyźnie. A zwłaszcza na imigracji. Dlaczego? Powodów jest wiele. Przede wszystkim wciąż nie wierzymy, że nasz udział w wyborach może mieć wpływ na rzeczywistość. Tak jak w starym, cynicznym powiedzonku: „Nie idę na wybory, bo mój głos nic nie zmieni – pomyślały miliony Polaków”. Po drugie, nie głosujemy w brytyjskich wyborach, bo wciąż zbyt często nie wiemy, że mamy do tego prawo. Po trzecie – nie bierzemy udziału w referendum, bo nie czujemy, aby programy czołowych kandydatów były skierowane do nas. Kompleksy? Alienacja? Brak solidarności? Lenistwo? Trudno powiedzieć. A może niska frekwencja to wynik niezrozumienia programu?

Miliony mieszkań i drzew, tani transport, pomnik lotników i tablice rejestracyjne dla rowerzystów

– to kluczowe (sic!) postulaty z programu Żylińskiego. Programu, w którym znalazło się sporo ambitnych obietnic, ale zabrakło informacji dotyczących tego, jak Żyliński ma zamiar je realizować. Samo „jestem człowiekiem z charyzmą” czy „działam w branży budowlanej od 30 lat” nie wystarczy. Wielu z nas zbyt dobrze pamięta Wałęsę obiecującego mityczne „100 milionów”. Po smutnej prezydenturze stoczniowca wiemy, że na takie frazesy nie wolno się nabierać. Potrzebujemy rasowych konkretów, a nie okrągłych słów.

Niedopracowany, niekonkretny program Żylińskiego miał jeszcze jedną wadę – był niespójny.

Polski książę w licznych wywiadach kilkukrotnie sam sobie przeczył. Owszem, wszędzie i przy każdej okazji podkreślał, że Polacy to niedoceniona siła, że jesteśmy najciężej pracującymi ludźmi na świecie. Ale komplementy to jedno, a jednoczesne opowiadanie się za Brexitem (robił to w anglojęzycznych mediach) i lobbowanie za tym, żeby UK zostało w UE (tak swój pogląd na temat Brexitu wytłuszczał w polskojęzycznych publikacjach) to drugie. Polacy w UK nie są durniami. Potrafimy coś więcej, niż tylko wydusić koślawe „senkju” w sklepie monopolowym. My naprawdę porozumiewamy się po angielsku. I rozumiemy, co się do nas mówi. A do tego – czytamy anglojęzyczne gazety.

Konserwatyzm jak tonący statek

Żyliński wielokrotnie podkreślał swoje konotacje z Partią Konserwatywną. Jeszcze w zeszłym roku przewidywał, że być może wystartuje z ramienia CP. Sęk w tym, że – jak się wkrótce okazało – nikt znaczący z Partii o tym nie wiedział, więc Żyliński stanął do wyborczego wyścigu jako kandydat niezależny (a więc, biorąc pod uwagę tradycyjny rozkład sił politycznych w UK, pozbawiony szans na wygraną). Mimo braku poparcia konserwatystów (tudzież – braku poparcia którejkolwiek z partii) i wbrew temu, co ogłaszał w wywiadach, wciąż był dla Londyńczyków kandydatem „no name”. Mimo to, przedstawiał się jako człowiek o konserwatywnych poglądach. A mieszkańcy stolicy, zmęczeni rządami torysa, postawili na laburzystę. Ot, łatwa do przewidzenia zmiana polityczno-pokoleniowa. Nie chcemy, przynajmniej na dziś, demagogów, spadkobierców fortun, dziedziców wykształconych w Eton, ale ludzi pracy. Nie chcemy księciuniów…

„Widzę, jak przy ‚książę’ czy ‚jaśnie wielmożny’ pojawia się skrępowanie. Najlepiej po prostu Janek. Jestem normalnym księciem”

– tłumaczył polski kandydat w wywiadzie udzielonym Wyborczej. Gdy opowiadał dziennikarce z Czerskiej o swoim pochodzeniu, inne media udowadniały, że Żyliński nie ma prawda do jakiegokolwiek tytułu. Urodzony w Londynie Polak nie przejmował się tymi zarzutami i wyjaśniał, że „zatrudnił już znanego genealoga, żeby (na temat tytułu – dop. aut) napisał coś z sensem”.

W tym samym wywiadzie Żyliński przyznawał, że „pozowanie do zdjęć trwa cztery razy dłużej niż rozmowa”, obsadzając się tym samym (być może nieświadomie) w roli maskotki, która mówi nudno, ale z którą zawsze można sobie cyknąć pamiątkową focię. Taki folklor, ciekawostka przyrodnicza, trochę jak niedźwiadek z Krupówek. Tyle tylko, że z szabelką.

ZylinskiYT

Miłe złego początki, czyli „polityka poznaje się po tym, jak kończy”

Ale szabla, kontrowersyjny tytuł i londyński „pałac” wynajmowany gwiazdom i krytykowany za kicz i przaśność przez znawców architektury nie były jedynymi atutami Żylińskiego. Przynajmniej nie na początku. Polak naprawdę świetnie zaczął. Może nie merytorycznie, ale z dużym impetem. Dziś niewielu pamięta, że jego medialna kariera wystartowała od wyzwania Nigela Farage’a na pojedynek. Do spotkania Żylińskiego i lidera UKIP nigdy nie doszło. Może to i dobrze, bo – biorąc pod uwagę, że Żyliński nie radzi sobie w merytorycznej dyskusji – słowny sparing z wyszczekanym Faragem przegrałby w cuglach.

Żyliński dobrze zaczął, ale w mig roztrwonił swój potencjał. Mówiący po angielsku bez akcentu, odnoszący sukcesy w biznesie, z dobrą prezencją i ciekawym życiorysem mógłby być słyszalnym, znaczącym przedstawicielem Polonii. Mógł być naszym faktycznym reprezentantem i bojownikiem o nasze interesy. Mógłby…

Ale postanowił zostać nieco kuriozalną maskotką biorącą udział w z góry skazanym na porażkę wyścigu o fotel burmistrza. Niepotrzebnie przygwiazdorzył, przecenił swoje siły i swoją „charyzmę”. Szybko okazało się bowiem, że nie jest liderem porywającym masy, a performerem, który potrafi tylko szafować frazesami: Złoty Ułan, szabla, tytuł, szabla, książę, szabla, ja, ja, ja… Trochę jak płyta, która się nieszczęśliwie zacięła na najnudniejszym fragmencie popularnej piosenki.

„Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy” – powiedział ponad dwie dekady temu Leszek Miller, który – o paradoksie – sam stał się ofiarą tego bon motu. Kolejnym poszkodowanym przez własne aspiracje zdaje się być Żyliński. Chociaż, z drugiej strony, czy polski książę jest tu naprawdę ofiarą? W cytowanym wcześniej wywiadzie dla Wyborczej, na pytanie „Którzy polscy artyści wymagają tu promocji?” odpowiedział bez zażenowania: „Ja, przede wszystkim ja”. Co jak co, ale to mu się akurat udało. Szkoda, że ta jego autopromocja nie tylko nie pomogła, ale i (być może) zaszkodziła nam, Polakom w UK. Bo 0,5% poparcia w wyborach to wynik komiczny, który przeciwnicy imigrantów szybko przekują na swoją korzyść. I wyjdzie na to, że im nas jest tu więcej, tym mniej znaczymy, więc można nami jeszcze mocniej pomiatać. Także ten – dzięki, księciu!

Kategorie: Wydarzenia UK

About Author