Wielkanoc w moim wnętrzu

Wielkanoc w moim wnętrzu

Uff! Wreszcie zima się skończyła, skończyła się szarość, ciemność, zimno, zaleganie w domu. Wybrałam się podczas ostatniego weekendu na długą przejażdżkę rowerową po lesie i dotarło do mnie, że nadeszła wiosna. Jeszcze nie dojrzałam jej w baziach, zielonych liściach i trawie, ani pierwszych wiosennych kwiatach, ale poczułam ją w długim słonecznym dniu i jakiejś dziwnej radości oraz chęci do aktywności wraz z całą budzącą się przyrodą. To był mój prywatny początek wiosny niezależny od kalendarza. Po południu w sklepie zauważyłam charakterystyczne dekoracje: malowane jajeczka, czekoladowe zające, kolorowe palmy i puszyste kurczaczki, a moje myśli pobiegły dalej od wiosny ku Wielkanocy. Uświadomiłam sobie że z upływem lat zmieniało się moje wewnętrzne przeżywanie tego święta.

Z czasów dzieciństwa utkwiło mi w pamięci oczekiwanie, czyli post z jego ograniczeniami, obowiązek spowiedzi, rekolekcje, liturgia Wielkiego Tygodnia, kolejki po mrożoną szynkę i kubańskie zielone pomarańcze. Trochę porządki, mycie okien, trzepanie dywanów. Potem przychodziły „święta właściwe” z rezurekcją i poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego, a potem śniadanie z gotowanym jajkiem, żurkiem i mazurkiem oraz dalsze rodzinne spotkania. Jeszcze potem przygoda lanego poniedziałku i ucieczki przed chłopakami.

W dorosłości coraz bardziej skłaniałam się ku celebracji święta kulinarnego, ku ciężkim torbom z zakupami, obmyślaniu menu i długim godzinom w kuchni, spędzonym na pieczeniu mięs, zagniataniu ciasta i krojeniu sałatek. Najpierw męczyłam się przy pracy, potem męczyłam się przy stole, żeby wszystkiego spróbować. Tylko malowanie jajek i przygotowanie koszyczka ze święconką dawało jakieś muśnięcie Wielkanocy. Gdzieś zanikła dziecięca wrażliwość na katolickie znaczenie i na to, co odróżnia pamiątkę Zmartwychwstania od okazji towarzyskich.

Ostatnie lata to nacisk na integrację rodzinną, spotkania z dziećmi i wnukami, okazja do wspólnych spacerów, na które przez cały rok nie ma czasu. Najbardziej zapisał mi się pod powiekami niezwykły spacer odbyty dwa lata temu urokliwymi dolinami leśnymi po kostki w świeżym dziewiczym śniegu. Miło by było jeszcze dołożyć do tego wrażenie cudu i ważności, które pojawiało się w dzieciństwie. A może powinnam w szarej codzienności dostrzec Boże Znaki cokolwiek one znaczą, a może zauważyć realizację cudów, na które w życiu czekałam? W końcu takie magiczne poruszenia nas ubogacają.    

GABRIELA

Foto: Flickr (lic.CC)  

Kategorie: Felietony

About Author