Balety naszych rodziców

Balety naszych rodziców
Dziś będzie wspominek część druga. A to za sprawą mojej wizyty na ostatniej „secie i galarecie” w zamkniętym już dziś PRL-owskim barze Zacisze.

Jak ja lubię bywać w miejscach, gdzie czuć jeszcze powiew PRL-u! Dystyngowane restauracje mnie onieśmielają. Zdarzyło Wam się nie wejść do jakiejś jadłodajni, bo zdawało Wam się, że nie jesteście dość dobrzy na to miejsce? A w takim barze zwykle jest swojsko i bardzo na luzie. Można smacznie i tanio zjeść, spotkać się i pogadać z ludźmi, których łączy wspólna nić fascynacji czasami, które dziś są już historią. Powiem Wam, że tak dobrze nie bawiłam się od dawna. Ale zanim o tym, kilka słów o miejscu, którego historia liczy sobie ponad sto lat.

Bar mieści się w starym pruskim budynku, w pobliżu dawnego przejazdu kolejowego. Pamięta czasy gdy w dwudziestoleciu międzywojennym polscy kolejarze żyli tu wspólnie z lokalnymi Niemcami. W 1945 roku maszerowali tędy najpierw więźniowie obozu w Stutthofie, a potem jeńcy z Wehrmachtu, pędzeni przez sowietów na wschód. Budynek pełni funkcje gastronomiczne od ponad stu lat. Na początku dwudziestego wieku była tu gospoda należąca do Gustava Müllera.

Sylwia 1

W 1978 roku prowadzeniem baru zajęła się pani Teresa Kamińska i nieprzerwanie królowała tu od prawie czterdziestu lat. Właścicielka baru ma dziś ponad osiemdziesiąt lat i postanowiła przejść na zasłużoną emeryturę.

Jak u babci

Bar Zacisze, to miejsce, gdzie czas stanął w miejscu. Nie było tu remontu od czterdziestu lat. Stare sprzęty, telewizor, drewniane stoły i krzesła, boazeria, firanki, przesiąknięte dymem papierosowym, mimo, że wisi tabliczka „Zakaz palenia”. Na stołach kryształowe, ciężkie popielniczki, sztuczne kwiaty w wazonach „Społem”. Bibułkowe serwetki wycinane w herbatniki, szatnia z metalowymi hakami, WC z szybą w drzwiach. Za ladą stara maszyna do pisania, zeszyt z kalką do przyjmowania zamówień na kuchnię, kalkulator i tradycyjna waga szalowa z Lubelskiej Fabryki Wag. Na niej kucharki (panie Jadzie i Basie) w czerwonych, nylonowych fartuszkach w białe groszki (pamiętacie?), odmierzały porcje obiadowe dla klientów.

Bar Zacisze słynął z domowych obiadów (szczególnie schabowego z ziemniaczkami i surówką oraz wyśmienitej pomidorówki z makaronem), wódeczki sprzedawanej w pięćdziesiątkach i piwka lanego – za czwóreczkę, podawanego w kuflach. Dawniej, jak opowiadali mi siedemdziesięcioletni stali bywalcy, można było tu zjeść wyśmienity żurek, jajecznicę z móżdżkiem, wątróbkę z cebulką.

Sama Pani Teresa jest osobą dość powściągliwą. Biega za ladą w nylonowym fartuchu i wygląda na nieco zagubioną. Znać, że pełen bar ludzi nieco ją przerasta. Do gości odnosi się w niewyszukany sposób. Dzisiejszym kelnerom nie wolno powiedzieć do klienta „co” lub „no”.

Ostatnia „seta i galareta”

Do Zacisza wybrałam się prywatnie, jako miłośniczka barów i zawodowo, zebrać trochę materiałów prasowych. W barze serwowali ostatnią pomidorówkę przed zamknięciem lokalu. Ludzi komplet, Pani Teresa biega, kucharki się uwijają. Na sali gwar. Ludzie rozmawiają, piją piwo, wódeczkę, zagryzają galaretą, śledzikiem w cebulce, bigosem. Do kompletu brakuje tylko sałatki warzywnej. Jako, że kieruję, stoję w kolejce po oranżadę, którą obiecałam przywieźć mężowi i dzieciom. Mężuśkowi, dla przypomnienia smaków z dzieciństwa, dzieciom jako obiekt muzealny. Wkrótce zostaję zaproszona do stolika Panów (średnia wieku 60+) na wspominki. Rozmawiałam z nimi wcześniej o dawnych czasach Zacisza. Teraz po kilku pięćdziesiątkach chcą mi powiedzieć znacznie więcej. No to dyktafon na stół i jazda.

Słucham, pytam, panowie wspominają, oczy im błyszczą. Dowiaduję się, że dziś „to już nie to”, że kiedyś to tu dopiero były imprezy. Że wejście było w innym miejscu, że kiedyś lokal podzielony był na dwie części. W jednej z nich był sklep rybny, a w budynku obok piekarnia. Poznaję Pana Bociana, który wygrał dwa puchary w „Baśkę” (kaszubska gra karciana na cztery osoby). W Zaciszu w latach 70, 80 regularnie odbywały się turnieje „Baśki”. Opowiadają o tym, że tu przy obiedzie i wódeczce łączą się pokolenia i ludzie różnych profesji. Tu wszyscy się znają i wszyscy są znani. Była tu także niejedna draka.

Jest cudnie. Zamawiam kawę mieloną i się rozczarowuję. Filiżanka zamiast szklanki w metalowym koszyczku. Przeżyję. Panowie wspominają nieżyjących kolegów, martwią się, gdzie będą się teraz spotykać…

sylwia 3

Towar podaje sprzedawca

Słucham opowieści, obserwuję pracę Pani Teresy. Faktycznie jest jak w PRL-u. Talerze Społem, szklanki, kieliszki, często z różnych parafii. Na stołach przekąski, gwar, śmiech. Pełno rodziców z dziećmi. Widać nie tylko ja wpadłam na pomysł, żeby pokazać odrostkom, co to oranżada. Jest wszystko, czego potrzeba. Kolejka do lady, menu PRL-owskie, ludzie, dobry klimat. Po półtorej godziny skończyło się piwo, po dwóch jedzenie. Czyli można było stać w kolejce i odejść z niczym. Pamiętacie to? W pewnej chwili właścicielka wychodzi zza lady i krzyczy na cała salę: Kto wypił wódkę niech oddaje kieliszki bo mi brakuje! Jestem zachwycona!

Kiedy w końcu docieram do lady po tę oranżadę dla rodziny, pytam Panią Kamińską, co będzie robić następnego dnia, kiedy po czterdziestu latach nie będzie musiała wreszcie wstawać do pracy. Patrzy na mnie przelękniona i mówi, że nie wie i, że bardzo się tego boi. Zacisze to jej drugi dom.

Wychodzę z baru po trzech godzinach. Czuję się fantastycznie. Jestem umówiona na wspominki w tym samym miejscu za półtora miesiąca. Bar ma się otworzyć ponownie, tyle, że z innym właścicielem. Klimat ma być zachowany. Świetnie. Będziemy mieli nową metę ze znajomymi.

Do napisania.

sylwia 5

Foto: Facebook/ Miasto Pruszcz Gdański

About Author